Wstydliwe sandały [rozważania]

Dlaczego mężczyźni nie noszą sandałów?

Takie mnie ostatnio pytanie naszło: dlaczego faceci nie noszą sandałów w upalne dni? Pomyślałem, że odpowiedź powinna być z rodzaju tych prostych: bo mają coś do ukrycia w pełnych butach. A co takiego?


Ano własne stopy. Nic innego. Faceci nie noszą sandałów, bo musieli by pokazać publicznie swoje stopy, a to oznacza, że trzeba o nie odpowiednio zadbać. A nie każdemu facetowi się chce. Nie każdy zna pumeks. Nie każdy regularnie obcina paznokcie. I tak sobie myślę, że przez to lenistwo związane z higieną osobistą mężczyźni wolą ubrać pełne buty zamiast sandałów. Bo nie uwierzę, że należy winić designerów czy rynek obuwniczy za kiepskie produkty.

Obecnie butów jest do wyboru, do koloru. Każdy znajdzie coś dla siebie. Co innego dekadę temu. Jak w 2005 roku wybrałem się kupić moje pierwsze prawdziwe sandały, to schodziłem kilka sklepów, zanim wybrałem coś dla siebie. A to rozmiaru nie było, a to słabe wykonanie, a to kiepskie trzymanie stopy (mam dość kościstą stopę). Nawet cena nie była tak ważna, choć finansowo były to dla mnie trudne czasy. W końcu zdecydowałem się na czarno-srebrny model spod znaku „łyżwy” 🙂
Pamiętam, że były ogromne – chyba miałem numer 47 lub 48. I nawet to mnie jakoś specjalnie nie zawstydzało, bo były dokładnie takie, jak chciałem.

Nawet pamiętam jaka była ich cena. Niebotyczna, jak na tamte czasy i na sandały – 279 zł. Można by śmiało powiedzieć, że na głowę upadłem. „Przecież można było kupić tańsze”. Owszem. Sęk w tym, że jak już zdecydowałem się publicznie pokazywać stopy, to w takich butach, które mi się podobają. I postawiłem na swoim. A wiecie, ile sezonów je nosiłem? Pełne osiem sezonów! Od maja do września. Piasek, asfalt, parkowe ścieżki, nawet morska woda w Chorwacji nie były w stanie ich zniszczyć. Na końcu miały już nawet dwukrotnie podklejone paski do podeszwy.

To teraz prosty rachunek:
279 zł / 9 = 31 zł.
Tyle kosztował mnie jeden sezon. Gdybym miał kupić tanie sandały, które po dwóch latach się rozpadną i będą niemodne, to musiały by kosztować 62 zł. W tamtych czasami można było takie kupić, ale koledze po sezonie się rozleciały. A moje były na tyle uniwersalne, że nie potrzebowałem osobnej pary „na co dzień” i osobnej „do kościoła”.

Dlatego kiedy przy ponad 30 stopniach widzę faceta w pełnym bucie, na przykład na placu zabaw, to nie potrafię postawić innej diagnozy, niż:

„Siostro, mamy przed sobą typ zakompleksionego faceta, który albo nie dba o nogi albo lejący się z nieba żar odebrał mu całkowicie rozum”. 

Panowie, wiadomo że nasze stopy raczej nigdy nie będą takie, jak kobiece – delikatne, idealnie wyszorowane pumeksem, doskonałe paznokcie po pedicure. Co nie znaczy, że nie mamy o nie dbać. Kto zatem nie ma sandałów, niechaj zakupi przed wakacyjnymi wojażami lub poczeka z miesiąc na wyprzedaże. Proszę się nie wstydzić! Naprawdę warto zaopatrzyć się w ten typ obuwia.

I jeszcze jedno. Sandały to nie japonki, więc nie są oznaką gejostwa 😉 Jeszcze możemy do nich ubrać białe skarpety do połowy łydki, ale to już wtedy inny typ osobowości, tzw. sandalarz skarpeciany 🙂

Kryzys męstwa, kryzys ojcostwa? [POSTAWY, PRZEMYŚLENIA]

Gdzie ci mężczyźni…

Dotykam dzisiaj nieco filozoficzno-moralnego tematu. Nie można ciągle pisać o poradach i testach produktów. Trzeba czasem stymulować szare komórki. Do pisania skłoniły mnie wydarzenia pewnego listopadowego wieczoru.


Kto mnie zna ten wie, że czasem udzielam się w akcjach społecznych. A to nakarmię psa na „oeliksie”, a to wrzucę do puszki Owsiakowi, a od ośmiu lat biorę udział w akcji Szlachetna Paczka. I to właśnie ostatnia edycja była inspiracją dla tego tekstu. A było to tak.

Listopadowy wieczór. Dzień po uruchomieniu możliwości wyboru rodziny. Siedzę, przeglądam portal. W zeszłej edycji postanowiłem wybrać rodzinę z mniejszego miasta. Dostępnych jest 11 rodzin. Czytam opisy i uderza mnie – jak obuchem w łeb – pewna prawidłowość. Brakuje tam chłopa. Powiecie: taki mamy klimat, zdarza się itd. Ale żeby w siedmiu z jedenastu rodzin, dostępnych w wybranej przeze mnie lokalizacji?!

Słuchajcie, w blisko 65% rodzin brakowało męskiego wzorca wychowania. Brakowało ojca i męża. Jakie były najczęstsze powody:

– facet odchodzi do innej kobiety,
– ojciec wyjeżdża za granicę, zostawia żonę i dzieciaki, nie wraca, zakłada nową rodzinę,
– ojciec wyjeżdża za pracą, nie będzie płacić na dzieci, niech z niego ściągają alimenty,
– „tatuś” siedzi w więzieniu, bo znęcał się fizycznie i psychicznie nad rodziną,
– facet zostawia rodzinę, bo dziecko urodziło się niepełnosprawne,

i najlepsze:
– ojciec zostawia rodzinę, bo nie radzi sobie z rzeczywistością.

Autentyczny opis! To kto do cholery ma sobie radzić, nierzadko w trudnej rzeczywistości, jeśli nie głowa rodziny? Dziecko? A cóż ono jest winne? Matka? A jak długo jest w stanie być i matką i zastępować ojca?

Powiecie – podchodzisz stereotypowo, a nawet patriarchalnie do kwestii rodziny. Owszem. W mojej ocenie to ojciec ma tę siłę, którą ma dawać swojej rodzinie. To ojciec obroni swoją rodzinę przed krzywdami tego świata. Wyznaję tradycyjny model rodziny. Jak to powiedział pięknie Kękę w kawałku „Jeden kraj”: „[…] Oskarżenie o fanatyzm pustym śmiechem zbijam, żaden katolicki dżihad, chociaż wierzę w Boga […] mogę być banalny, ale tata tatą, mama mamą, rozróżniajmy […]”. 


Nawet jeśli Ty jesteś bardziej liberalna / -y w tych kwestiach, to nie powiesz mi, że akceptujesz tchórzostwo, lenistwo i brak odpowiedzialności za swoje czyny. Bo zdaje się, że tacy zaczynają być współcześni mężczyźni. Ja wyróżniłem pięć ostatnio spotykanych typów: tchórz, mameja, skurwolek, egoista/egocentryk i ojciec pełnym sercem.

Kim są?

Tchórz
Ucieka przed wszystkim i wszystkimi. Lepiej mu wycofać się z danej sytuacji życiowej, niż podjąć wyzwanie. Lepiej mu schować głowę w piasek, niż wypiąć dumnie pierś i nadstawić własny kark. Odpowiedzialność jest dla niego niewygodna. Wymaga wysiłku, którego on z siebie nie chce wykrzesać. Lepiej zostawić rodzinę, założyć nową i udawać że nic się nie stało. Do momentu napotkania problemów. Wtedy najlepszym rozwiązaniem będzie kolejna ucieczka.

Mameja
Miejski słownik slangu opisuje mameję jako człowieka rozmemłanego, nie wiedzącego co chce i o co mu chodzi. Dla mnie to typ niezdecydowany, rozlazły jak wygotowane pierogi. Nieudolny i niezaradny życiowo. I oczywiście zniewieściały. Najlepiej żeby inni podejmowali za niego decyzje. Nawet własne dzieci. Często taka postawa staje się jego sposobem na życie. Kobieta z dwójką dzieci i mameją ma w domu tak na prawdę trójkę dzieci i dwa razy więcej roboty. Czasami łazienka jest częściej zajęta przez niego niż przez nią. W filmie „Chce się żyć” pada świetne hasło. Coś w stylu: „Bo facet to czasami po prostu musi uderzyć ręką w stół. Powiedzieć: nie, nie zgadzam się”. To nie dla mamei. Ręka by go rozbolała i narobił by przy tym tyle hałasu, że och och. Każ mu przetrwać, wyjdzie z tego niezła komedia. Albo dramat. Nie wiem, skąd się biorą takie typy. Aż dziw, że nie wyginęły razem z dinozaurami lub nie zostały zjedzone przez jaskiniowców.


Skurwolek
Nazwa śmieszna, ale żyjącym z nim ludziom nie jest do śmiechu. To typ człowieka znęcającego się fizycznie i psychicznie nad bliskimi. Dziką satysfakcję dają mu upokarzanie, zadawanie bólu, łzy i niemoc słabszych. Myśli, że mu wszystko wolno. Niestabilny emocjonalnie, przez co nie potrafi kontrolować swoich emocji. Nierzadko sam był bity w dzieciństwie. Dostał taki wzorzec od własnego ojca, sam go stosuje, niestety przekazując tę felerną pałeczkę dalej. Przez jego zachowanie cierpią wszyscy domownicy. Gehenna potrafi trwać latami, czasem kończy się z momentem wsadzenia „tatusia” do więzienia. Takich ludzi społeczeństwo samo powinno piętnować. Sprowadzać chamów do parteru. Moje pobożne życzenia leżą jednak daleko od rzeczywistości. Mogę jedynie edukować o konsekwencjach takiego zachowania. Czytajcie zatem szerzej o skutkach fizycznego i psychicznego znęcania się nad dziećmi.

Egoista/egocentryk
W wielu małżeństwach pojawienie się dziecka powoduje, że świat rodziców zaczyna kręcić się wokół tej malutkiej istoty. Ale nie dla egoisty/egocentryka. Bo najważniejszy jest on i basta! Specjalnie używam podwójnego określenia, bo osobowość, którą opisuję ma cechy wspólne dla obu określeń. Egoista myśli tylko o sobie. Wokół egocentryk ma kręcić się cały świat. Opisywany typ twardo realizuje swoje cele, nie zważając na dobro własnych dzieci. Zachowuje się przy tym trochę, jak rozwydrzony dzieciak. Na pytanie, dlaczego tak robi, odpowiada: „Bo tak!”. Tatuś wie lepiej. Tatuś nie odpuści. Nie liczą się potrzeby i uczucia dzieci. Ważne jest zaspokajanie własnych potrzeb, własnego ego.

Ojciec pełnym sercem
To ostatni typ współczesnego ojca i chwała Panu, że tacy tatusiowie wciąż istnieją. Żeby nie było od początku wychwalania pod niebiosa – ojciec pełnym sercem jest świadomy własnych słabości. Nie jest doskonały i wie, że może popełniać błędy. Mimo to, każdego dnia stara się, podejmuje wyzwania, ryzykuje, zmaga się z własnymi słabościami, wkłada mnóstwo pracy, wysiłku i uczuć, by budować więź z dzieciakami. Oprócz bycia kompanem do zabaw, chce być również przyjacielem dla swoich dzieci. Cieszy się z każdej wspólnej chwili. Czyta książeczki, od małego zaszczepia hobby, pobudza dziecięcą ciekawość, tłumaczy świat, pokazuje i objaśnia. Nie wstydzi się przyznać, że czegoś nie wie. Czasem uroni łzę. Czasem po cichu, ze szczęścia, bo usłyszał właśnie: „tatusiu, kocham Cię bardzo”. Nie wstydzi się tego, ani własnego tatusiowania, ani własnych dzieci. A nade wszystko potrafi rezygnować z własnych „widzimisię” czy przyzwyczajeń, bo w centrum uwagi jest mały, bezbronny człowiek. Na szczęście powyższy opis to nie utopia czy pobożne życzenia. Takich ojców pełnym sercem na prawdę spotyka się tu i ówdzie.

A Ty jakim typem chciałbyś być?
Jeśli dobrnęłaś / ąłeś do tego momentu, to bardzo Ci dziękuję. To oznacza, że męstwo i ojcostwo nie jest Ci obojętne. I chyba stymulacja szarych komórek mi się udała 🙂 Proszę tylko o jeszcze jedną rzecz, tak na sam koniec: zatrzymaj się na chwilę i pomyśl o tym, co przeczytałaś /eś. Pomyśl, jakim typem ojca jesteś. Może też jakim chciałbyś być? Pomyśl, jakim mężczyzną jest Twój mąż / partner. Oby ojców pełnym sercem było wśród nas jak najwięcej. Bo dla ojca chyba nie ma nic piękniejszego, jak uśmiech jego dziecka 🙂

Gdzie jest tata? [PRZEMYŚLENIA, UCZUCIA DZIECKA]

Tata na smyczy (?)

O ciekawej więzi ojca z dzieckiem – chyba taki podtytuł można by nadać moim rozważaniom. Spotkało mnie ostatnio coś zaskakującego. Oczywiście ze strony własnego dziecka.


Jeden z wieczorów w tygodniu. Takich z rodzaju zwykłych, najzwyklejszych. Położyłem Zuzę spać. Obejrzałem spory kawałek potyczki naszych piłkarzy ręcznych z Chorwatami. Internety komentowały: o której będzie mecz, bo teraz pokazują trening drużyny Chorwacji 🙂 Faktycznie, trochę tak to wyglądało, więc postanowiłem nie oglądać do końca pierwszej połowy, tylko przejść się do paczkomatu. Swoją obecnością w domu niewiele naszym pomogę, a książki same nie przyjdą. Ubrałem się, wyszedłem. W drodze „do” zadzwoniłem do przyjaciela. W drodze „z” dalej rozmawialiśmy, więc zrobiłem jedno okrążenie wokół bloku, żeby przedłużyć sobie rozmowę i nie stać na zimnie w miejscu. Po ok. 45 minutach od wyjścia byłem z powrotem. To moja wersja wydarzeń 🙂 W tym samym czasie, w domu…

jak tylko przekręciłem klucz w zamku, z pokoju Zuzy dobiegło „gdzie jest tata?”. I zaczęła się lawina pytań, na którą trzeba było odpowiedzieć, zanim Zuza ponownie położyła się spać: Gdzie poszedł? A po co? A dlaczego? A kiedy wróci? A dlaczego? I tak dalej i tak dalej, jak przystało na dwuipółletnie dziecko. A myślałem, że już dobrze śpi, bo nie wychodziłem po 10 minutach. Można się zaskoczyć 🙂 Oczywiście jak wróciłem, to poszedłem zobaczyć, jak Zuza śpi. Lubię ten widok 🙂

Celowo nadałem podtytuł „Tata na smyczy”, bo co po niektórym sytuacja mogła by się tak kojarzyć. Szczególnie, gdy wpadnie się w rutynę i dzień za dniem wygląda tak samo. Dla mnie jednak to było coś niesamowitego, wyjątkowego. Taka świadomość, że ta moja mała osóbka potrzebuje mnie. Nie tylko do zabawy, do zrobienia zakupów spożywczych czy wyjścia na spacer, ale także do zaspokojenia wyższych potrzeb. Choć ma teraz mamę przez cały dzień, to dla równowagi trzeba jej również taty. Po takiej historii robi się cieplej w sercu 🙂

Życzenia noworoczne

Zamiast noworocznych postanowień

Z okazji Nowego 2016 Roku wszystkim czytelnikom bloga życzę:

bądź niepoprawnym optymistą – ludzie lubią takie osoby, trochę chęci, to na prawdę nic trudnego,
poświęcaj bliskim jak najwięcej czasu – praca nie ucieknie, moda przeminie, a bliscy będą z Tobą do końca Twoich dni,
pamiętaj o przyjaciołach – to ludzie, na których możesz liczyć, kiedy inni zawiodą,
dbaj o zdrowie – bo może się okazać, że utraconego zdrowia nie odkupisz za żadne skarby,
rozwijaj pasje – są odskocznią dnia codziennego, dzięki nim jesteś ciekawszym człowiekiem,
stawiaj sobie cele – na co dzień, a może nawet na cały rok,
mierz wysoko – działanie kosztuje Cię więcej wysiłku, ale i satysfakcja końcowa większa,
zrób coś niesztampowego – przyjmij inny punkt widzenia, a zdziwisz się że można coś zrobić zupełnie inaczej niż zwykle,
pracuj nad cierpliwością i wytrwałością – nie odpuszczaj za łatwo i nie poddawaj się za szybko,
działaj konsekwentnie – w zgodzie z prawdą i własnym sumieniem,
pielęgnuj w sobie dobro – bo dobro się mnoży,
przypominaj dobre nawyki i podtrzymuj tradycję – nie zapominaj kim jesteś i dokąd zmierzasz,
miej w sobie nadzieję – na lepsze jutro, na lepszy czas,


 i nie bój się marzyć – zawsze miej do czego dążyć!

Zmiany, zmiany, zmiany…

Nadszedł czas zmian

Kochani, nie pisałem dłuższą chwilę. Człowiek potrzebuje na wszystko wymówki , więc napiszę że nie było czasu. I jest w tym ogromna część prawdy, bo faktycznym powodem mojej nieobecności tutaj są zmiany. Zmiany w naszym życiu osobistym, zawodowym i dzieciowym. Ciekawi, co się u nas dzieje? 🙂


Jesteśmy przed dwoma dużymi zmianami. Kupiliśmy mieszkanie, do którego wprowadzamy się na przełomie marca i kwietnia. Historia z zakupem ekspresowa. W ciągu miesiąca sprzedaliśmy jedno mieszkanie i znaleźliśmy nasze, wymarzone. Bez pośredników, oglądając zaledwie trzy nieruchomości. Jak się dobrze ustawi cel poszukiwań, to przez cały proces przechodzi się szybciej i sprawniej. Mieszkanie oczywiście wymaga odświeżenia polegającego głównie na malowaniu ścian. Najwięcej pracy trzeba będzie włożyć w przeprowadzkę, ale ta wizja nie przeraża mnie zbytnio. Najważniejsze, że przeskakujemy na powierzchnię ponad 1,5 raza większą od obecnej, a Zuza będzie miała swój prawdziwy, dziecięcy pokoik 🙂

Druga zmiana, jak już wspominałem, związana jest z życiem zawodowym. Również od kwietnia zmieniam miejsce zatrudnienia. Co prawda branża zostaje ta sama, ale perspektywa pracy w znacznie znacznie większej firmie i z nieco innym asortymentem nastraja mnie bardzo optymistycznie.

To co, na koniec dorzucimy jeszcze małą-wielką zmianę u Zuzanny? Tak na dopełnienie tematu zmian. Od dzisiaj Zuza siada sama 🙂 Jestem dumny, a jak 🙂 Do tej pory trochę opierała się na przedramieniu i nie do końca potrafiła usiąść prosto. Trzeba było jej nieznacznie pomagać, ale ten etap mamy już za sobą.

Zima w tym roku rozpieszcza, słońce wspaniale świeci, więc szykujące się zmiany można chyba podpiąć już pod te wiosenne 😉

Mam półroczne dziecko [ODCZUCIA OJCA, jak to jest]

Mam półroczne dziecko [ODCZUCIA OJCA, jak to jest]

Pół roku razem!

Dziś Zuza kończy pół roku. Jak to jest mieć półroczne dziecko? Zadajecie sobie czasem takie pytanie? Kiedyś byłem tego bardzo ciekawy. Czy będę mógł robić to, co będę chciał w danej chwili? Czy będę się wysypiać? Czy wszystko, dosłownie wszystko, będzie się kręcić wokół bobasa? Czy będziemy dogadywać się z Żoną? Wiele takich pytań można sobie stawiać. Pewnie część z Was już wie, jak to jest. Pozostałym, żyjącym w nieświadomości, dedykuję ten wpis 🙂


Jak to jest mieć półroczne dziecko? Bardzo fajnie. Od razu ucinam wszelkie hasła w stylu – pracujesz, nie siedzisz z dzieckiem w domu cały dzień, więc niewiele wiesz. To temat – jeśli w ogóle do dywagacji – na inny post. O ile mi wiadomo, moja Żona nie jest feministką i nigdy nie usłyszałem takiego tekstu z jej ust. Zatem skupmy się na tym, co ja czuję, jako ojciec półrocznej kobity  😉 I jak wygląda mój/nasz dzień.

Spanie zgodnie z fazami snu 
Zuza zwykle budzi się między 7:00 a 7:30. Ja już wtedy jestem mocno na nogach. Staram się wstawać między 6:30 a 7:00. Chyba, że z wyliczeń faz snu wychodzi inaczej. Dla osób po raz pierwszy czytających o fazach snu należy się krótkie wyjaśnienie. Faza snu dorosłego człowieka zajmuje półtora godziny. To czas, w którym przechodzisz od fazy drzemki, przez fazę snu głębokiego, po kolejną fazę drzemki. Jeśli obudzicie się w momencie drzemki – zwykle czujecie się wypoczęci. Ale pamiętacie zapewne momenty, kiedy wstaliście kompletnie nie do życia, jak pijani. Prawdopodobnie ktoś obudził Was między fazami snu, np. w momencie snu głębokiego. Taka pobudka powoduje senność, rozdrażnienie, brak koncentracji. Dlatego tak ważne jest, by wstawać między fazami. Jak to zrobić? Jeśli kładziecie się spać przykładowo o 22:40, to najpierw doliczacie 15 minut na zaśnięcie (tyle zwykle ten proces trwa), a następnie odliczacie półtoragodzinne cykle i zgodnie z tym nastawiacie budzik. Powinniście zatem rano wstawać o 4:55, 6:25 lub 7:55. Spróbujcie 😉 Ja stosuję tę metodę od jakiegoś czasu i jestem bardzo zadowolony. Z doświadczenia mogę napisać, że nie zawsze liczę 15 minut na zaśnięcie. Czasem przy ustawianiu budzika czuję, że zasnę w 3 minuty, więc tylko tyle doliczam, a później już wielokrotności półtora godziny. I jeszcze jedno – jak cztery dni z rzędu śpię tylko po 6 godzin, to piątego dnia czuję mocniej zmęczenie w ciągu dnia.

Rano
Wracając do głównego tematu, przypomnę, że Zuza wstaje, jak już jestem „na chodzie” (zwykle po moim śniadaniu, gdzieś na pół godziny przed wyjściem z pracy). Staram się codziennie przed wyjściem pożegnać z moimi dziewczynami. Wyjątkiem są sytuacje, kiedy mała je. Wtedy nie przeszkadzam. Wychodzę do pracy, a w tym czasie Zuza zjada koło jedenastej, później w okolicach piętnastej i osiemnastej, kiedy jestem już w domu. Między posiłkami bawi się na macie edukacyjnej, ucina sobie krótkie lub dłuższe drzemki, czasem mocno marudzi przed spaniem.

Po południu / wieczorem
Kiedy wracam do domu ok. 17:15 zdarza się, że Zuza na początku mnie nie poznaje 🙂 Szczególnie, gdy mam na głowie kask rowerowy, na jej twarzy maluje się niezłe zdziwienie 🙂 Nie uśmiecha się, tylko ostrożnie bada. Potrzebuje paru chwil, by połapać się, kto przyszedł i ją zagaduje. Jak już się rozbiorę i umyję ręcę – ruszamy do wspólnych harców. Staram się zabawiać ją tym, co dostępne: kolorową piłką z dzwoneczkiem, gryzakiem, grzechotką. Czasami kładę się i czytamy gumową książkę, a w zasadzie to ja opowiadam, a Zuza gryzie ją ze wszystkich stron 🙂 Niechętnie, ale zdarza mi się przewrócić ją na brzuszek lub poćwiczyć trochę przekręcanie się z lewej strony na prawą. Lubię natomiast robić jej samolot i delikatnie trącać nosem okolice jej żeberek. Raz z jednej strony, raz z drugiej. Wtedy Zuza śmieje się i próbuje się bronić. Takie to nasze „głupoty z tatką”. Jak córka nie ma ochoty na zabawę, bo i tak się zdarza, to noszę ją po domu, pokazuję i opowiadam. I tak zwykle do 19:00 – 19:30, do czasu kąpieli.

Czy ja się w ogóle wysypiam?
Kąpię oczywiście ja, o czym pisałem tutaj. Po kąpieli wspólne karmienie kaszką i Zuzę przejmuje Żona. Jeszcze co najmniej kilkanaście minut dokarmiania piersią, a później sen. Od jakiegoś czasu nie wstaję w nocy do córki. Nie zdarzyło nam się, by komunikowała coś innego, jak potrzebę jedzenia, więc ja i tak nie pomogę 😉 Nie chodzę zatem niewyspany, jak wielu mogłoby przypuszczać.

Reasumując: mój czas z córką w tygodniu to kilkanaście minut rano, a później ok. 2,5 godziny po południu i wieczorem. Wtedy staram się odciążyć Żonę, zmęczoną całodzienną opieką nad bobasem. Przyznaję, że to mało czasu, dlatego trzeba go wykorzystywać maksymalnie, żeby dziecko wiedziało, że ma ojca i żeby żona wiedziała, że ma męża 😉 Inaczej można by chyba zwariować. Myślę tu głównie o kobietach, które – co by nie mówić – mają więcej na głowie, niż faceci…

Jedno jest pewne: nie wyobrażam sobie już życia bez Zuzy i nie zamieniłbym tatusiowania na nic innego. Bo tak jest mi dobrze. 


Ojcostwo, blog.
– Pół roku razem. Tatusiowanie jest fajne!

Wzrost wagi mężczyzny przy ciąży [NADWAGA przyszłego tatusia]

Dlaczego mężczyźni tyją w trakcie kobiecej ciąży?

W społeczeństwie krąży utarta opinia, że mężczyzna tyje w trakcie kobiecej ciąży. Zastanawiałem się ostatnio, czy rzeczywiście tak jest, a jeśli tak, to dlaczego tak jest i chyba na to wpadłem. Jak zwykle, na trudne rzeczy znajduje się genialnie prosta odpowiedź. Omówię to na własnym przykładzie.

Dlaczego mężczyzna miałby tyć podczas ciąży, skoro to nie w nim rozwija się dziecko? Ano dlatego, że jego kobiecie często – jeśli nie ciągle – chce się jeść. Kobieta poszukuje kompana do wspólnego jedzenia, bo razem je się przyjemniej. A więc częściej niż zwykle proponuje facetowi coś do przekąszenia.
Z męskiego punktu widzenia natomiast powodów do tycia jest kilka.
a) Skoro ktoś mu proponuje jedzenie i może nawet przyniesie i podstawi wprost pod nos, to dlaczego by nie skorzystać? Taka okazja może się szybko nie potwórzyć 😉
b) Mężczyzna nie dba tak bardzo o linię, jak kobieta. Nie czarujmy się, większość z nas facetów ma gdzieś ilość kalorii, dietę, odpowiednie godziny posiłków oraz świadomość zamęczania organizmu, dostarczaniem mu posiłku o 22:30, na chwilę przed pójściem spać. Oczywiście pomijam świadomie budujących swoją sylwetkę oraz tych z drugiej strony barykady, czyli mających tendencję do szybkiej nadwagi przy niekontrolowanych odruchach żywieniowych 😉
c) Choć czasami wcale nam się nie chce jeść – zjemy dla towarzystwa.
d) Chcemy dbać o nasze kobiety, więc w chwili jedzeniowej potrzeby sami przygotowujemy im coś smacznego. A przy okazji coś tam wrzucimy na ruszt 😉

A potem dziwimy się, że jeszcze niedawno opona wokół brzucha była rozmiaru koła do „Malucha”, a teraz jakoś tak dziwnie szerokością przypomina raczej lacie spotykane w sportowych samochodach 🙂
Cóż, choć nie jestem kuchennym inwalidą i ugotować ponoć potrafię, to muszę przyznać z ręką na sercu, że ostatnio mi się przytyło. Może waga tego nie pokazuje, ale wizualnie czuję, że noszę przynajmniej rozmiar 195/60/R15 😉

A jak to jest u Was Panowie? Tyjecie?
A Wy Panie? Zauważacie u swoich facetów przyrost wagi związany z Waszą ciążą?