Wycieczka na SOR [spostrzeżenia, CO ROBIĆ]

Jak wygląda praca na dzięcięcym SORze w nowym szpitalu wojewódzkim we Wrocławiu?

Myśleliście kiedyś o sytuacji, kiedy Wasze dziecko ma jakiś nieoczekiwany wypadek i trzeba jechać na SOR? Zastanawialiście się co trzeba zrobić? Jak wygląda wizyta na SORze? Ten tekst jest zbiorem przemyśleń po naszej wizycie na dziecięcym SORze w nowym szpitalu wojewódzkim na Stabłowicach we Wrocławiu. Tak, żebyście wiedzieli, z czym się liczyć wybierając się tam na SOR.


Lokalizacja
Zacznijmy od tego, że lokalizacja nowego szpitala wojewódzkiego we Wrocławiu jest, delikatnie mówiąc, kiepska. Ulica Fieldorfa jest boczną Kosmonautów, która prowadzi na Leśnicę. Korki w godzinach szczytu są gigantyczne. Poza szczytem też nie jest kolorowo. Jadąc do szpitala w środowy wieczór ok. 19:30 (dzień przed Bożym Ciałem), poruszamy się w sznureczku ze wszystkimi. Dojazd zajmuje nam ponad 10 minut. W końcu nie jedziemy karetką tylko osobówką. Przypomnę, że:

Szpital jest w sąsiedztwie AOW. Od zjazdu z obwodnicy do szpitala według map Google mamy 3,5km”.

Pięknie brzmi, że w sąsiedztwie AOW i tylko 3,5km. Od tego momentu Wasz zapas cierpliwości będzie się regularnie uszczuplać.

Rejestracja
Przyjeżdżamy o 20:22. Na SORze nie obowiązuje żadne specjalne traktowanie. Nie ma taryf ulgowych. Nikogo nie interesuje, że jesteście ZHDK (Zasłużonym Honorowym Dawcą Krwi), czy że przyjechaliście z trzytygodniowym dzieckiem. Stajecie w kolejce ze wszystkimi. Wołają po imieniu. Przed nami dziesięcioro dzieci. Nikt nie przeprowadza wstępnej oceny. A wystarczyło by postawić nawet młodego lekarza na specjalizacji, który już na początku stwierdzi, że np. ktoś z wypadku rowerowego niech pędzi na RTG, a ktoś z bólem brzucha na USG. I już mamy zaoszczędzone cenne minuty. Tego nie ma. Trzeba czekać na swoją kolej. 

Obsada lekarska
W środę przed Bożym Ciałem na dziecięcym SORze przyjmuje jedna para pielęgniarka-lekarz. Jedna! Mało tego – ta sama para również gipsuje, usztywnia i wydaje opisy. No to całość musi trwać. Jak już się doczekasz na wejście (u nas po prawie 2 godzinach), to słyszysz, że skoro dziecko przewróciło się na rowerku, to trzeba zrobić RTG. Do pracowni idziecie z „panem prowadzącym„. Gość ma taką fuchę, że prowadzi ludzi do pracowni, zostawia tam kartkę ze zleceniem i wraca. Całe szczęście, że sprząta też w pokoju zabiegowym, bo było by to jedno z „ciekawszych” zajęć, jakie ostatnio widziałem. Jakby lekarz nie mógł powiedzieć: „Proszę na rentgen, pokój 0100, koło holu głównego”.

RTG wymaga opisu
Wracamy z RTG i… stajemy znowu w kolejce. Trzeba czekać na opis zdjęcia. Mamy ok. 22:45. Przed nami szóstka dzieci. Tak się składa, że jest tylko jeden (!) lekarz przygotowujący opisy. Ale ale, nie siedzi cały czas nad opisami. Było by za miło. Najpierw pracownie RTG i USG tłuką na potęgę zlecenia, a później trzeba czekać, że lekarz będzie mieć chwilę przerwy, żeby zrobić opisy. Czas leci. Zaczepiam jednego z ojców, dziwiąc się że jeszcze nie wszedł ponownie do środka. W odpowiedzi słyszę, że jest „jakiś problem z opisem”. Nie wiem, w czym tkwił problem, ale opis był po jakichś 45 minutach od zdjęcia. Dodam tylko, że w starej lokalizacji, na starym sprzęcie, opis RTG był po max. 10 minutach.

Chce nam się jeść
Jeśli nie zabierzecie ze sobą jedzenia, to może być kiepsko. Po godzinie 18:00 bar jest zamknięty i trzeba się ratować czymś z automatu. A tutaj szału ni ma: albo na słodko (rogalik 7days, mieszanka studencka, chyba suszone jabłka) albo na słono (krakersy). Do tego woda, sok, kawa lub herbata. Jakoś na tym trzeba przewegetować do końca.

Wchodzimy ponownie
Na zegarku 0:30. Nasze dziecko jeszcze nie śpi, ale chłopiec przed nami był wybudzany na rękach mamy, żeby lekarka mogła go obejrzeć. Druga wizyta trwa niecałe 10 minut. Za nami jeszcze trójka dzieci, a w poczekalni dla dorosłych mamy praktycznie pusto! Dla mnie to sytuacja niedopuszczalna i trudna do zaakceptowania.

I na zakończenie
Pozostaje jeszcze uregulowanie rachunku w kasie parkingowej. A jak! Parking jest płatny. Za 4h10m płacimy 14 zł. A gdybym tak w roztrzęsieniu zapomniał pieniędzy czy karty, to rachunek byłby srogi. Na początku mocno się zirytowałem. Teraz myślę, że nie ma się co dziwić. W holu głównym, gdzie w środku nocy nic się nie dzieje (w dzień rejestracja do przychodni specjalistycznych), świecą się prawie wszystkie oprawy. Zgodnie z normą ma być sto luksów, mamy spokojnie 5x więcej. Wykonawca zaoszczędził na czujnikach ruchu, a z czegoś trzeba opłacić rachunek za prąd. Gratuluję mistrzowskiego zarządzania. Tak w sferze nieruchomości, jak i zasobów ludzkich. 

Słowem podsumowania
Zanim pojedziecie na dziecięcy SOR do Szpitala im. Marciniaka we Wrocławiu, dobrze się zastanówcie. Lepiej wezwać karetkę, bo pacjent z karetki zawsze wchodzi poza kolejnością. Być może nie trafilibyśmy do tego szpitala, a np. na Kamieńskiego. Na Borowskiej nie ma dziecięcego SORu. Cóż, wygrało rozumowanie, że skoro dziecko nam nie schodzi z tego świata, to niech karetka jedzie do bardziej potrzebującego pacjenta. Łącznie straciliśmy 5,5 godziny, sporo nerwów i kilkadziesiąt złotych w automacie i kasie parkingowej. Całe szczęście, że koniec końców nic poważnego nie stało się naszej pociesze. 

Kolki, zaparcia i dyschezja u niemowlaka – cz. III [INNE SPOSOBY, KATETER REKTALNY, MASAŻ]

Kolki, zaparcia i dyschezja u niemowlaka – cz. III [INNE SPOSOBY, KATETER REKTALNY, MASAŻ]

Część trzecia: jak innymi sposobami pomóc niemowlakowi.

Ze sporym opóźnieniem, ale i dużą determinacją dobrnąłem do trzeciej i zarazem ostatniej części cyklu o kolkach, zaparciach i dyschezji u niemowlaków.
Dla przypomnienia, w pierwszym wpisie było o tym, jak powyższe dolegliwości rozpoznać. Drugi post dotyczył lekarstw, które możemy niemowlakowi podawać w przypadku kolki, zaparcia i dyschezji. Na sam koniec zostały się inne sposoby, rzekłbym mechaniczne, które pomogą naszej pociesze.


Noszenie na przedramieniu
Kładziemy bobasa brzuszkiem na naszym przedramieniu. Głowa dziecka znajduje się mniej więcej w okolicy naszego łokcia, a dłoń mamy pod jego brzuszkiem. Kiedy dziecko się kręci/porusza, jego brzuszek jest automatycznie masowany naszą ręką. Pozycja pozwala dziecku obserwować świat i wymusza trening mięśni szyi, ale niestety dla rodziców nie jest to najłatwiejsza opcja. Szczególnie dla mam. Jak dziecko waży ok. 3kg, to jeszcze jak Cię proszę, ale jak ma powyżej 5kg, to ręce i kręgosłup będą boleć. Rekordzistki, z którymi rozmawiałem, potrafiły tak nosić dziecko kilka godzin w ciągu dnia.

Rowerek
Kładziemy dziecko na pleckach i delikatnie symulujemy jego nóżkami jazdę na rowerze. Ten ruch również ma za zadanie masować brzuszek i wymuszać ruchy gazów, co w efekcie przyniesie ulgę. U nas Zuza nie za bardzo chciała się poddawać rowerkowi. Najczęściej po kilku/kilkunastu ruchach usztywniała nogi.

Spostrzeżenie: jak dziecko jest mocno zdenerwowane/zmęczone, to może nawet nie chcieć się poddać żadnemu wymuszonemu ruchowi i w efekcie nici z rowerka. Nie przejmować się tym, spróbować ponownie za parę minut.

Kateter rektalny
Nazwa pojechana, jak na zwykłą rurkę odprowadzającą gazy i kupkę 🙂 Do tego rzecz nietania, bo płaciliśmy coś koło 40 zł / 10 sztuk. Wielki plus za to, że kateterki są mega skuteczne. Przynajmniej dla nas. Zadziwiająco szybko potrafią uwolnić brzuszek od gazów. Czasami trzeba dwu-, trzykrotnie ich użyć. Poniżej macie zdjęcie takiego kateterka (solo i z opakowaniem, więc występuje lokowanie produktu 😉 ). Smarujemy go wazeliną i delikatnie wkładamy do pupy. Rzecz banalna, ale w razie czego jest instrukcja na opakowaniu. Jak się domyślacie, średnio się to dzieciom podoba, bo nie znam nikogo, komu by się podobało wkładanie czegoś do pupy 🙂
Najważniejsze, że kateterki działają.

gazy u niemowlaka

na zaparcia i kolki u dzieci

Kolka zaparcie ból brzuszka jak pomóc

Spostrzeżenie: zdarzały się noce, że w ciągu kilku godzin zużywaliśmy wszystkie 10 sztuk. Po użyciu kateterki myliśmy mydłem, a następnie wygotowywaliśmy przez jakieś 10-15 minut we wrzątku. Materiał jest odporny na wysoką temperaturę. Sprawdzone, że po takiej akcji absolutnie nic się z nimi nie działo. Jest to jakaś praktzcyna metoda, żeby nie zbankrutować.




Masaż Shantala
I na koniec zamiast zbędnego rozpisywania -> filmik. Korzystaliśmy z tej metody, ale jakoś nas nie przekonała.

A Wy jakie jeszcze macie metody na kolkę, zaparcia i dyschezję? Zapraszam do komentowania!

Kolki, zaparcia i dyschezja u niemowlaka – cz. II [LEKARSTWA]

Część druga: jakie lekarstwa podawać niemowlakowi.

W pierwszym wpisie z tej serii było o tym, jak rozpoznać kolkę, zaparcie lub dyschezję u niemowlaka. Dziś w skrócie o lekarstwach, jakie podaje się niemowlakowi w powyższych dolegliwościach. Oczywiście nic nie podajecie bez konsultacji z lekarzem lub położną. W naszym przypadku po kilku konsultacjach z dwiema położnymi i lekarzem w domu zagościły kolejno: Espumisan, Infacol, Dicoflor oraz Debridat. Tak, poszukiwanie skutecznego sposobu nie było u nas krótkie, ale i tak nie jesteśmy rekordzistami.

Coś na gazy
Chyba każdy wie, do czego służy Espumisan 🙂 Wersja dla dzieci służy dokładnie do tego samego – do rozbijania gazów w jelitach. Zbierające się gazy potrafią boleć dorosłego, a co dopiero bobasa. Aby mu ulżyć, należy podawać specyfik przed każdym posiłkiem lub kilka razy dziennie (zależy od specyfiku).

Generalnie z tego, co wyczytaliśmy, są chyba trzy grupy dzieci:
a) reagujące na Espumisan, nie reagujące na Infacol,
b) reagujące na Infacol, nie reagujące na Espumisan,
c) nie reagujące na oba leki (czego nie zazdroszczę ich rodzicom).
Zadziwiające jest to powyższe zestawienie, szczególnie punkty a i b, bo jak się wczytać w skład tych obu leków, to mają tą samą substancję czynną – symetykon. Oczywiście jest jeszcze cała masa podobnych specyfików, włącznie z takimi sprowadzanymi z Niemiec, ale my piszemy o naszych doświadczeniach i na szczęście – skończyliśmy na 2 typach.

U nas akurat Espumisan nie pomagał Zuzie, dlatego kupiliśmy Infacol, który – jak to się mówi – robił robotę 😉 Skąd wiem? Chwilę już używaliśmy Infacolu, aż w którymś momencie nam brakło. Jak zaczęliśmy podawać Espumisan, to Zuza przez kolejne dwa dni płakała z nadmiaru gazów. Poszedłem wieczorem do apteki, kupiłem Infacol i następnego dnia po południu – jak ręką odjął. Gazy wypuszczane regularnie, Zuza uśmiechnięta, płaczu brak. Infacolu używaliśmy tak gdzieś do końca trzeciego miesiąca.

Spostrzeżenie: opakowanie Infacolu starcza na max. 70 dawek, a nie na 100, jak podaje producent.

Wspomaganie flory bakteryjnej
Dicoflor to lek zawierający żywe kultury bakterii probiotycznych. Można stosować go w trakcie kuracji antybiotykowej, zapobiegawczo przed alergią lub jako pomoc w „zasiedlaniu jelit dobrą florą bakteryjną”. Generalnie lek ten obniża występowanie skutków ubocznych antybiotyków, łagodzi biegunkę, bóle brzucha czy mdłości. My mieliśmy Dicoflor 30 w kroplach. Pamiętam, że miał taką oleistą konsystencję. Długo trzeba było rozprowadzać go w mleku. Wobec braku spektakularnej poprawy u Zuzy poprzestaliśmy na jednym opakowaniu (około 1 miesiąc).

Cudowny lek na zaparcia
Mieliśmy jeszcze przepisany przez lekarza Debridat. Generalnie lek podaje się przy zaburzeniach motoryki jelit. Albo hamuje ruchy jelit albo ma za zadanie je stymulować. Opinie odnośnie tego leku są podzielone. Jak da się wyczytać w internecie – oprócz leczenia motoryki jelit – lek stosuje się także na zaparcia, biegunki, ulewania itd. Ja do końca nie jestem przekonany, czy ustąpienie problemów żołądkowo-jelitowych u naszej Zuzy to zasługa Debridatu czy może raczej pewne ustabilizowanie się z wiekiem pracy jelit. Pewne jest, że ulewania się zmniejszyły w trakcie kuracji, a po zakończeniu wróciły. Podawaliśmy Debridat przez 2 miesiące. Dwa opakowania wg zaleceń stosowaliśmy przez 8 tygodni. Zawiesinę po rozrobieniu można podawać przez 4 tygodnie. Nam dużo jeszcze zostawało w butelkach – producent mógłby pomyśleć o dawce dla niemowlaków. Lek ma postać zawiesiny, którą należy przechowywać w lodówce. Co wieczór trzeba było dobrze wymieszać zawartość butelki przed podaniem go dziecku. A podawaliśmy, podobnie jak Espumisan, łyżeczką, dzięki czemu Zuza pięknie teraz je wszystko ze swojej różowj łyżeczki

Konsultuj z lekarzem
Ja wiem, że ciężko się słucha płaczącego bobasa, ale zdrowie maluszków jest bardzo ważne. Dlatego zaapeluję jeszcze raz: przed podaniem leku skonsultujcie się z waszym lekarzem lub zaufaną położną. I niestety, dolegliwości brzuszkowe najmłodszych są bardzo często nie do wyleczenia. Jedyne, co możemy wtedy robić to tulić nasze maluszki i próbować zachowywać spokój. Bo jak powiedziała nasza położna: najskuteczniejsze lekarstwo na kolkę to spokojni (czyt. niepanikujący) rodzice.

Ekspozycja na gluten [JAK WPROWADZAĆ, NASZ SPOSÓB]

Gluten – nowy przyjaciel czteromiesięcznego dziecka.

Już od dłuższego czasu zbierałem się do tego wpisu. W końcu Zuza ma prawie sześć miesięcy, a gluten zaczęliśmy wprowadzać po czwartym miesiącu. Takie są teoretyczne zalecenia i można się ich trzymać, jeśli stan dzieciątka nie budzi niepokoju. Zresztą na chwilę przed podaniem można zapytać lekarza. Kiedy już zdecydujemy się na wprowadzanie glutenu do diety dziecka (a prędzej czy później na pewno to nastąpi), zaczyna się szukanie po sieci informacji, jak to zrobić. My zaczęliśmy tak.


Co to jest gluten? 
Ujmując w telegraficznym skrócie: gluten to białko znajdujące się w sporej części produktów przez nas spożywanych. Na pewno jest w zbożach, może być też np. w mięsie mielonym (paczkowanym), wędlinach czy produktach mlecznych. Dla bardziej dociekliwych więcej technicznych informacji znajduje się tutaj. Ja nie będę Was nimi zanudzać, a przedstawię całość na przykładzie.

Po co wprowadzać gluten?
Wyobraźcie sobie, że znaleźliście jedzenie, którego nigdy wcześniej nie próbowaliście. Zaczynacie jeść. Więcej i więcej i więcej. Co się może stać? U jednych nic się nie zadzieje i będą szczęśliwi, że się najedli, a u innych organizm zaprotestuje. W skrajnym przypadku zwymiotują, obleci ich wysypka, dostaną gorączki i nie wiadomo co jeszcze. Ci drudzy nie tolerują znaleźnego pokarmu, a przekonali się o tym w drastyczny sposób. Po to stopniowo wprowadzamy gluten, aby dziecko mogło spożywać inne posiłki, niż mleko matki. W ten sposób maluch przyzwyczai się do trawienia produktów glutenowych, a my nie zaserwujemy mu już na wstępie żołądkowo-zdrowotnych przebojów. No i chyba najistotniejsza sprawa: robiąc taką próbę na małej dawce i obserwując reakcje dziecka możemy szybko wykluczyć celiakię u dziecka i zareagować odpowiednio. O tej przewlekłej chorobie można dowiedzieć się stąd.

Ekspozycja na gluten
Tak fachowo nazywa się stopniowe wprowadzanie glutenu do diety dziecka. My podawaliśmy Zuzie raz dziennie kaszkę mannę. Najzwyklejszą, gotowaną na wodzie. Na początek w niewielkiej ilości. Do garnuszka wlewaliśmy wodę ok. 50 ml. Kaszy pół łyżeczki, kubek na gaz. Po paru minutach robiła się papka, do której dodawaliśmy 1-2 łyżeczki mleka odciągniętego z piersi. Po podaniu obserwowaliśmy stan dziecka (czy coś się działo po jedzeniu, jaka była konsystencja i kolor kupki). Stopniowe wprowadzanie glutenu ma za zadanie zmniejszyć wystąpienie alergii u dziecka na ten składnik. U nas nic się z Zuzą nie działo. Od początku strasznie zajadała się kaszą, więc wiemy, że toleruje gluten. Kamień z serca, czego życzę też Wam. Gdyby się jednak okazało, że Wasze pociechy nie tolerują glutenu – czeka Was dieta bezglutenowa. Brzmi groźnie, zresztą jak każde stwierdzenie, że ktoś jest na diecie. Ja nie wiem, czy taka dieta jest kłopotliwa i jak bardzo uciążliwa, bo się z nią nie zetknąłem. Wydaje mi się, że taka dieta to nie koniec świata, ale trzeba poświęcić więcej pracy i uwagi przy doborze posiłków. Oczywiście ten nasz schemat jest jednym z możliwych, a nie jedynym. Można zacząć podawać gluten w wieku 7, 10 miesięcy. Ale o tym niewiele wiemy, bo my się zdecydowaliśmy na wcześniejszą ekspozycję. Jak zawsze – „skonsultuj się z lekarzem pediatrą”.

Kolki, zaparcia i dyschezja u niemowlaka – cz. I [OBJAWY, JAK ROZPOZNAĆ]

Część pierwsza: jak rozpoznać zaparcie, kolkę lub dyschezję u niemowlaka.

Kochani, prędzej czy później prawie każdego rodzica czeka przygoda z zaparciami, kolkami lub dyschezją u malucha. Jak je rozpoznać? Postanowiłem opisać typowe objawy, bo często pojęcia „zaparcie” i „kolka” są stosowanie zamiennie, a o dyschezji część rodziców – tak jak my – pewnie nie słyszała i nie miała pojęcia, że coś takiego istnieje. Zapraszam zatem do lektury.

Co jest co
Na początek garść informacji, żebyśmy wspólnie wiedzieli, z czym będziemy się zmagać:

Kolka to nie to samo co zaparcie, a zaparcie różni się od dyschezji. 

Jak już wspomniałem, pojęcia stosuje się zamiennie. To częsty błąd. Mimo że objawy częściowo pokrywają się w przypadku kolki, zaparcia oraz dyschezji, to nadal są to trzy różne pojęcia. Dlaczego to takie ważne? Kiedy opisywaliśmy objawy położnej, od razu słyszeliśmy, że to kolka i że przejdzie. Jak się później okazało – to wcale nie była kolka 🙂

Kolka u noworodka
Jak poznać: Zazwyczaj dziecko zaczyna nagle mocno płakać, w tzw. wysokim rejestrze (głośno i intensywnie). Bez wstępnego marudzenia. Często wierzga rączkami i nóżkami, kręci się na boki i zanosi się płaczem. Trudno jest je wtedy uspokoić, a w zasadzie to nawet nie chce się uspokoić. Chwilowe przerwy w płaczu wykorzystuje na nabranie powietrza. Całość może trwać od kilku minut do kilku godzin. Mojej koleżanki synek tak miał.

Kiedy: najczęściej pojawia się między trzecim dniem, a trzecim tygodniem życia (a u wcześniaków może być jakieś przesunięcie czasowe). Ustępuje zwykle gdzieś po trzecim miesiącu.

Dlaczego: nie do końca wiadomo, co jest jej przyczyną. Najczęściej mówi się, że to ze względu na niedojrzały układ pokarmowy. To on powoduje nieprawidłową pracę jelit i stąd problemy dręczące maluszka. Wskazuje się również między innymi łykanie powietrza podczas jedzenia czy przejedzenie. W ten ostatni argument trudniej mi jakoś uwierzyć 😉 Co ciekawe, kolka sama przechodzi. Położna i znajomi powtarzali jak mantrę, że przejdzie po trzecim miesiącu.

Zaparcia u niemowlaka
Jak poznać: podczas próby zrobienia kupki widać, że maluszek męczy się – spina, wygina, może płakać i wiercić się. Stąd łatwo powiedzieć, że to kolka. Dlatego trzeba się przyjrzeć kupce. Zbita, twarda i sucha z kulkami jest sygnałem o zaparciach. Tak jak i nabrzmiały, twardy brzuszek oraz np. brak apetytu.

Ważna uwaga, bo często rodzice szukają normy odnośnie ilości kup na dobę. Wyobraźcie sobie, że jeśli dziecko robi kilka kup dziennie lub jedną, raz na trzy dni, to nadal jest to norma. Dlatego o zaparciu powie Wam wygląd kupki, a nie jej ilość.

Kiedy: może nakładać się z czasem kolki, ale nie tylko, bo zależy od nieco innych czynników.

Dlaczego: przyczyn można doszukiwać się w diecie – stąd te kupki o zmienionej konsystencji. Czasami maluszek wstrzymuje kupkę, bo kojarzy to z bólem i zwyczajnie się tego boi (taki to mały spryciarz). Wśród innych powodów wymienia się np. stres, w reakcji na jakiś bodziec, choroby i leki oraz uwarunkowania genetyczne. Niestety, genetyki nie da się oszukać.

Dyschezja
A teraz będzie o rzeczy, o której część rodziców pewnie nigdy nie słyszała. My też się do nich zaliczaliśmy, a – jak się okazało – nasza Zuza miała dyschezję. Jest to również zaburzenie w oddawaniu stolca, przy czym ani to kolka, ani zaparcie, choć objawy są podobne. I to może zmylić sporą część osób.

Jak poznać: dziecko zaczyna nagle piskliwie krzyczeć. Trwa to od 5 do 30 minut. Później robi kupkę o – uwaga – prawidłowej konsystencji. Generalnie jest spokojne i ma apetyt. Takie małe szczegóły, a jaka może być różnica w diagnozie! Przypomnę, że przy zaparciu konsystencja kupki byłaby nieprawidłowa, a przy kolce dochodzi wierzganie rączkami i nóżkami a’la atak szału i całość raczej nie skończyłaby się szybko.

Kiedy: występuje między pierwszym a trzecim miesiącem życia, a więc podobnie, jak kolka. Dlatego dyschezja może być z nią mylona i tak też było u nas.

Dlaczego: maluszek nie potrafi jeszcze koordynować wydalania z zaciskaniem głośni, dzięki czemu mógłby skutecznie zwiększyć ciśnienie wewnątrzbrzuszne. Dlatego robi kupkę nieco inaczej. Żeby ją wydalić powinien podnieść ciśnienie w jamie brzusznej, tak? Wtedy włączy się tłocznia brzuszna i wszystko pójdzie, jak trzeba. Jak to osiągnąć? Na skutek płaczu. Genialnie proste!

Ciekawostka: Dyschezja nie wymaga leczenia i ustępuje sama po trzecim miesiącu. Czy gdzieś już nie czytaliście, że coś ustępuje po trzecim miesiącu? 🙂 Więcej o dyschezji możecie przeczytać tutaj.

W następej części opiszę, jak pomóc maluszkowi z kolką, zaparciem lub dyschezją.

Jak usypiać dziecko [SPOSOBY, PORADY]

Szukaliście na necie porad dotyczących usypiania dziecka? Co zrobić, gdy niemowlę nie chce spać? Ja przyznam szczerze, że szukałem. Wujek Google coś tam podpowiedział, ale nie za wiele. Dlatego postanowiłem podzielić się z Wami naszymi sposobami. 

Przez jakiś czas mocno borykaliśmy się z problemem zasypiania przez córkę. Zaczęło się, gdy skończyła jakieś półtora miesiąca. Jak przychodziła pora snu były piski i płacze. Usypianie czasem trwało godzinę. Kombinowaliśmy na różne sposoby (które opisuję poniżej) i jakoś się udawało. Obecnie czteromiesięczna Zuza raczej łatwo zasypia, ale zdarzają się jeszcze momenty krytyczne. Do dzisiaj, kiedy to żona odkryła świetny sposób na usypianie dziecka.


Usypianie piłką lekarską
Tym świetnym sposobem okazała się piłka lekarska 🙂 Najpierw służyła do rehabilitacji nogi szwagierki, później do ćwiczeń w trakcie ciąży żony, a obecnie służy do usypiania czteromiesięcznej Zuzy. Mamy ją w domu od jakiegoś czasu, ale nie przyszło nam jakoś do głowy ją wykorzystać do usypiania.
Oto, co trzeba zrobić: 
a) układacie dziecko na rękach, 
b) siadacie na piłce, 
c) delikatnie skaczecie na niej, kontrolując siłę nacisku (piłka powinna tylko uginać się pod Waszym ciężarem). 
d) po nie więcej, niż pięciu minutach nasza córka śpi jak suseł 🙂 
Wiem, że brzmi to kosmicznie a zarazem śmiesznie – usypiać córkę skacząc na piłce lekarskiej 🙂 Grunt, że działa! I najważniejsze – odciąża kręgosłup, który potrafi być nieźle przeciążony np. podczas noszenia dziecka na rękach. 
Z pozostałych porad stosowanych/znalezionych/wypróbowanych: 
a) delikatne głaskanie po pleckach – porada z książki Tracy Hogg „Język niemowląt”. W ten sposób komunikujemy dziecku, że jesteśmy przy nim i jest bezpiecznie. Działało na początku, jak Zuza była noworodkiem. 
b) odkładanie do łóżeczka i branie na ręce – druga porada Tracy Hogg. Szepczemy dziecku do uszka dobranoc i odkładamy do łóżeczka. Jak zaczyna płakać – bierzemy na ręce, uspokajamy i powtarzamy schemat. Podobno w ten sposób dziecko przyzwyczaja się do zasypiania w łóżeczku, bo wie, że nic mu nie grozi. U nas ten sposób się nie sprawdził. Ani razu Zuza tak nie zasnęła. Wydaje mi się, że ciągłe branie i odkładanie dziecka dostarcza mu nowych bodźców, zamiast wyciszać. Przez to bobas irytuje się, że nie może zasnąć, okazując to płaczem. Im dłużej tak robimy, tym bardziej dziecko płacze. 
c) przytrzymywanie rączek – rozemocjonowane niemowlę macha rączkami, więc żeby je uspokoić i pomóc zasnąć, trzeba przytrzymać mu obie rączki (np. w okolicach brzuszka). Metoda sprawdzała i sprawdza się u nas. W okresie noworodkowym można dziecko zawijać w rożek. Jest mu wtedy cieplutko i czuje się bezpiecznie, a jego własne rączki (których jeszcze nie zna) nie straszą go.  
d) ograniczenie bodźców – zaciągnijcie żaluzje/rolety, wyciszcie dźwięki i nie dostarczajcie dziecku nowych bodźców (rozmowa, pokazywanie czegoś, kręcenie się po domu). Jak kładziecie się spać, to też nie marzycie o tym, żeby sąsiad z góry naparzał w tym czasie młotem udarowym 😉 Raz mi się zdarzyło, że przyłożyłem dłoń z 10cm od oczu córki i trzymałem przez chwilę, na co przestała nagle płakać. Wcześniej próbowałem ją zabawiać mimo wyraźnego sygnału z jej strony, że chce spać (odwracanie główki od ludzi, zabawek). 
e) suszarka – ten sposób podpowiedzieli nam znajomi. Dźwięk przypomina dziecku odgłos wód płodowych, co pozwala się uspokoić i wyciszyć. Zaczęliśmy stosować po pierwszym miesiącu życia. Do tej pory córka potrafi przy niej odpłynąć, ale nie zawsze jest potrzebna i nie zawsze jest skuteczna. Na niektóre dzieci działa np. odkurzacz 🙂 Dla nas pomocna okazała się aplikacja Baby Shooter (na Androida), która umożliwia generowanie kilku dźwięków (m.in.: suszarka, odkurzacz, biały szum). 
Spokój i cierpliwość
Każde dziecko jest inne i na każde coś innego działa. Pewne natomiast jest to, że dzieci wyczuwają emocje. Spróbujcie uśpić dziecko, będąc poddenerwowanym i z wewnętrznym przekonaniem, że ono musi teraz iść spać. Czasem przypomina to syzyfową pracę 😉 Mimo tego, że w kwestii usypiania dzieci nie ma jednej uniwersalnej metody – niewątpliwym kluczem do sukcesu jest spokój i cierpliwość. Czasami pięć minut dziecko potrafi płakać, a w szóstej minucie nagle zasypia. 
A Ty jakie masz sposoby? 
Kochani próbujcie, testujcie, kombinujcie. Ja natomiast będę wdzięczny, jak podzielicie się w komentarzach spostrzeżeniami 🙂 

Konto dla dziecka [JAK OSZCZĘDZAĆ PIENIĄDZE]

Jak i gdzie lokować oszczędności dla dziecka

Kochani, dzisiaj podejmuję temat oszczędzania. Myślę, że to temat bardzo ważny. Zarówno dla mnie, dla Was jak i dla naszych pociech. Dlaczego? Według danych znalezionych w internecie ponad połowa Polaków nie oszczędza. I to podobno nie dlatego, że ich nie stać, ale po prostu brak im chęci, wiedzy i konsekwencji. Nie wspominając o zwykłym lenistwie i braku myślenia strategicznego. Statystycznie według powyższych danych taką osobą bez oszczędności jesteś Ty, bo ja regularnie oszczędzam 🙂 Dlatego postanowiłem, że podzielę się z Wami moimi sposobami na oszczędzanie dla nas, ale przede wszystkim dla córki. Bo dziś niewiele potrzeba, by zacząć budować dla dzieci kapitał na przyszłość. Jeśli jeszcze o tym nie myśleliście, czas najwyższy zacząć działać. 


Jak zacząłem oszczędzać
Oszczędzanie to słowo, które w Polsce kojarzy się źle (głównie dla młodych ludzi) albo wcale się
nie kojarzy. Niestety. Nie uczono nas tego w szkołach, nie uczono w
domu. Bo i jak racjonalnie uczyć, skoro z trudem starczało pieniędzy do
kolejnej wypłaty? Pamiętam z dzieciństwa takie rodziny.
U nas zresztą też nie było kolorowo. Jak już człowiek dostał lub przyoszczędził trochę grosza (np. ze sprzedaży zebranych w parku butelek po piwie – kiedyś sklep przyjmował je bez paragonu), to zawsze był dylemat: kupić czy odłożyć na później? A jeśli teraz coś kupię, to z czego kupię coś za tydzień, miesiąc, rok?
Szybko nauczyłem się oszczędzać i myśleć perspektywicznie. Często ze sporym wyprzedzeniem, jak szachista. Uważam, że gospodarstwa domowe wychowane w biedniejszych warunkach lepiej radzą sobie z oszczędzaniem, niż pozostała część społeczeństwa.
Przykład? Kiedyś przeczytałem na jakimś portalu, że rodziny ze wschodu Polski, a więc pozornie biedniejszej części naszego kraju, mają więcej nagromadzonych oszczędności, niż bogatsze rodziny z zachodu. Można? Można, bo do tego niewiele potrzeba. 

Oszczędzanie na cel
Od czego zacząć? Od decyzji, że świadomie chcę oszczędzać na konkretny cel. Oszczędzanie bez celu może niektórych demotywować. Dopiero jasno określony, mierzalny, ustawiony w czasie i zwizualizowany cel jest kluczem do sukcesu. Dajmy na to, zakładasz, że w ciągu roku odkładasz po 200zł miesięcznie na nowy komputer. Pomyśl, jak będziesz czuć się po zrealizowaniu zadania. Jak przyjemnie będzie w momencie uzbierania założonej kwoty. Pójdziesz i kupisz sprzęt, a – co najważniejsze – zakup nie obciąży Twojego domowego budżetu. W końcu zakup finansowany jest z oszczędności. Nie dołożysz też do interesu ani złotówki – masz oszczędności, więc nie potrzebujesz kredytu. Rok to długo? Zacznij od mniejszych kwot i krótszych okresów oszczędzania.
A jak już jesteśmy przy kredytach pozwolę sobie na małą dygresję. Nie wierzcie w kredyt 0%. Coś takiego nie istnieje, to chwyt marketingowy. Cena towaru jest tak skalkulowana, by odsetki znalazły się w racie kredytu. Koniec kropka.

Oszczędzanie dla kogoś
Inną drogą jest oszczędzanie dla konkretnej osoby, np. dla naszego dziecka. Sztuka nieco trudniejsza, jeśli nigdy nie oszczędzałeś. Można to nazwać gromadzeniem pieniędzy dla samych pieniędzy. Cele są nieco inne, i czasem mogą być trudniej sformułowane, np.: w ciągu najbliższego roku odłożę 5.000 zł. Przy takim celu nie narzucasz sobie, po ile miesięcznie odłożysz. Liczy się efekt końcowy. Po roku – jeśli sytuacja tego nie wymaga – pieniędzy najczęściej nie wydajsz. Będą pracować dla Ciebie przy realizacji kolejnego celu. Masz satysfakcję, że się udało i że zaczynasz następne oszczędzanie od wyższej sumy. To też potrafi dać niezłego kopa motywacyjnego i nie widzę nic złego w oszczędzaniu dla samego oszczędzania. Jeśli tylko wiesz, po co to robisz i co chcesz tym osiągnąć.  

Kilka prostych kroków
Do oszczędzania dzisiaj nie trzeba dużych nakładów sił i pracy. Kiedy już podejmiesz decyzję o oszczędzaniu, pamiętaj o kilku krokach: 

1. Określ cel – ma być S.M.A.R.T. Nawet comiesięczne oszczędzanie dla dzieciątka powinno zawierać conajmniej wybrane elementy (regularność, kwota, długość oszczędzania).

2. Ustal kwotę, którą chcesz odkładać – konkretnie 50zł, 100zł, 500zł. Pojęcie „jak najwięcej” wykreśl z myśli – nie jest jednoznaczne i otwiera furtkę do kombinowania: „W tym miesiącu odłożyłem tylko 7,50zł. Tyle mi zostało i to najwięcej, ile mogłem odłożyć”. Widzisz, jaka wspaniała wymówka? Dobrze, gdy zdeklarujesz kwotę, która nie obciąży zbytnio Twojego budżetu. Nie chodzi o to, by się zarzynać, demotywować lub, co gorsza, pożyczać na chleb. Oszczędzanie ma być przyjemne.

3. Ustal odstęp, w jakim zamierzasz odkładać deklarowaną kwotę – chyba najlepiej sprawdzają się odstępy miesięczne. Wprowadzają regularność i dają większą kontrolę nad procesem oszczędzania. Zauważcie, że wynagrodzenia z etatów również trafiają co miesiąc na konta. Jak łatwo powiązać te dwa zdarzenia do osiągnięcia naszego celu 🙂

4. Załóż dodatkowe konto – na rynku dostępnych jest kilka kont zupełnie za darmo. To doskonały sposób, by zacząć gromadzić fundusze dla dziecka. Po co to robić? Załóżmy, że odkładasz co miesiąc „stówkę”. Jeśli zostawisz ją z pozostałymi pieniędzmi – łatwo się zagubi 🙂 Trudniej jest ruszyć tę stówkę z drugiego konta. Warto zastanowić się nad darmowym kontem oszczędnościowym, by pieniądze pracowały, choćby w minimalny sposób. Po pierwsze inflacja nie śpi, a po drugie łatwo nauczysz się, co to procent składany.

5. Zdefiniuj stały przelew – zrobisz to raz i nie musisz nawet pamiętać o regularnych wpłatach. Nie wykręcisz się też, że zapomniałeś odłożyć. Samo się zrobi danego ustalonego dnia, najlepiej takiego zaraz po wpływie wynagrodzenia za pracę. Przeczytałem kiedyś, że dobrą strategią jest najpierw odłożenie zadeklarowanej kwoty, a dopiero po tym opłacanie kolejnych rachunków. Ma to wyrabić w nas odruch natychmiastowego oszczędzania, nie rozpieprzania pieniędzy na rzeczy nagle niezwykle ważne. Zawsze się jakieś znajdą. Może i dobra strategia pod warunkiem, że zawsze po odłożeniu i opłaceniu podstawowych rachunków zostaje cokolwiek na życie 😉          

6. Większe sumy lokuj na lokatach – jeśli masz większą kwotę wolnych środków finansowych, nie ograniczaj się tylko do konta. Mówi się: dywersyfikuj portfel. Korzystaj z bezpiecznych lokat. Najczęstsze minimum przy lokatach to 500zł lub 1000zł. Polecam lokaty krótkoterminowe: jednodniowe, miesięczne, trzymiesięczne. Pół roku to najdłuższy okres, na jaki założyłem lokatę. Po pierwsze w przypadku nagłego zdarzenia losowego masz szybszy dostęp do gotówki. Po drugie oprocentowanie może kilkukrotnie zmieniać się w skali roku. Nie zawsze na niższe. Przykład z życia: jeśli założyłbym kilka dni temu lokatę na 3,6% na 12 miesięcy, przeszła by mi koło nosa ciekawa promocja miesięcznej lokaty na 5,7%. Za miesiąc znowu zdecyduję, gdzie ulokuję pieniądze. 

7. Korzystaj z bezpiecznych instrumentów finansowych – takimi instrumentami są konta oszczędnościowe, lokaty i obligacje. Zastanów się porządnie, nim przeznaczysz pieniądze na fundusze inwestycyjne. Nikt nie zagwarantuje Ci, że fundusz przyniesie zysk. Tak samo jak polisolokaty i programy regularnego oszczędzania. W większej mierze opierają się również o fundusze. Wpłacasz regularnie pięć lat zadeklarowaną kwotę, a później okazuje się, że zarobiłeś w tym czasie 50zł. Dobrze, jeśli zarobiłeś. Z ostatniej rozmowy ze znajomym wynika, że na polisolokacie stracił jakieś 2000zł.

8. Sprawdzaj, czy instytucje, w których lokujesz pieniądze, są objęte BFG – pamiętasz aferę z Amber Gold? Ten parabank nie był objęty BFG (Bankowym Funduszem Gwarancyjnym), który zapewnia wypłacalność pieniędzy w razie upadku instytucji. W momencie pisania tego artykułu również SKOK-i nie są objęte BFG.

9. Czytaj o oszczędzaniu – wiedzy nigdy za wiele. Bardzo dobrym miejscem jest Portal Wiedzy Ekonomicznej pod skrzydłami NBP. Ja najczęściej zaglądam też na tego i tego bloga. Na tym pierwszym blogu na początku każdego miesiąca autor publikuje przegląd najciekawszych lokat i kont bankowych. Pomocne 🙂

Jak oszczędzam? 
Naprodukowałem się (kolega z pracy pewnie mi powie, że wypuściłem kolejny elaborat 🙂 ), a nie podałem, jak konkretnie oszczędzamy. Przede wszystkim mniej wydajemy niż zarabiamy. To podstawa. Mamy z czego odłożyć. Od dłuższego czasu. Dlatego możemy sobie pozwolić na nieco inne formułowanie celów, ale o tym znajdziecie info niżej.
Podczas, gdy moi znajomi spłacali kredyt za zeszłoroczne wakacje, konsolę czy w pocie czoła zbierali na nowy komputer, my kupiliśmy za gotówkę kilka sprzętów domowych oraz samochód, o którym pisałem w poście Samochód dla rodziny z dzieckiem.
Oboje nie palimy papierosów i pijemy okazjonalnie (no, żona w ogóle z uwagi na karmienie piersią). Dlaczego o tym wspominam? Bo co by nie mówić na alkohol i papierosy miesięcznie wydaje się spore sumy. Kilkanaście złotych za paczkę fajek raz na 3 do 5 dni, to w skali miesiąca minimum kilkadziesiąt złotych na osobę. Dorzucamy alko i zwiększamy ilość spalanych fajek, bo „przy alko się chce więcej”. Mój znajomy tylko na jedną imprezę przychodzi z dwoma paczkami fajeczek. Suma summarum wychodzi ładna kwota. Palenie papierosów to dzisiaj chyba jest luksus 🙂
Do pracy staram się zawsze zabrać z domu śniadanie. W ten sposób ograniczam wydatki na tzw. „pierdółki i zapychacze” tylko do momentów, kiedy mam nagłą potrzebę lub nie zabrałem wystarczającej ilości jedzenia.
To wszystko, o czym piszę powyżej wcale nie oznacza, że nigdzie nie wychodzimy, nie jeździmy, nie mamy małych przyjemności, nie kupujemy sobie prezentów. Wręcz przeciwnie – nie czujemy, żeby nam czegoś brakowało. 

Plan oszczędności finansowych
Jeśli chodzi o same kwestie finansowe – przyznaję, że przed urodzeniem Zuzy oszczędzaliśmy więcej. Co miesiąc najpierw odkładaliśmy ustaloną, sporą sumę. Obecnie zmieniliśmy nieco strategię, bo nie wiemy jeszcze do końca, ile funduszy pochłonie nam Zuzka. Tym bardziej, że jest z nami dopiero od trzech miesięcy i ciągle trafia się coś, co trzeba kupic. Podejrzewam, że przy drugim dzieciątku planowanie wydatków będzie łatwiejsze, z uwagi na sporo zakupionych obecnie rzeczy i rozeznanie w ilościach potrzebnych pieluch, kremików, kosmetyków, ubranek itd. Tak więc udaje nam się odkładać co miesiąc całkiem sporą sumę według wcześniej wymyślonego wspólnie planu.

Na dzień dzisiejszy:
a) lokaty: mamy założone cztery lokaty, w tym jedna na pół roku, jedna na trzy miesiące i dwie jednodniowe, codziennie odnawiane. Cel nadrzędny na najbliższe dwa, trzy lata – wkład własny na mieszkanie. Może się okazać, że za trzy lata tak się zmieni nasza sytuacja życiowa, że wcale nie kupimy własnego „M”, a wtedy zastanowimy się, jak dalej zagospodarować te pieniądze. 

b) pierwsze konto oszczędnościowe: przeznaczone dla Zuzanny i uruchomione z chwilą urodzenia. Co miesiąc wpada tam 100zł ze stałego przelewu. Taka kwota nie obciąża nam budżetu. Czasem więcej wydaje się na pierdółki. Na tym koncie lokujemy też wszelkie prezenty finansowe, które Zuza dostała od rodzinki i znajomych. Becikowe oraz premia z tytułu urodzenia dziecka również tam trafią. Oprocentowanie nie jest jakieś kosmiczne (3%), ale zawsze to lepsze niż trzymanie pieniędzy w skarpecie 🙂 

c) drugie konto oszczędnościowe: założone dla nas. Również co miesiąc wpada tam 100 zł ze stałego przelewu. To rodzaj poduszki bezpieczeństwa, gdyby zaskoczyła nas nagła sytuacja życiowa. Jeśli nic nieoczekiwanego się nie wydarzy, to w przyszłym roku za zgromadzone oszczędności kupimy jeden rower lub opłacimy wakacje w górach. Jeśli trafi nam się zastrzyk gotówki – pieniądze zostaną jako kapitał pod przyszłą emeryturkę. Nie oszukujmy się, na ZUS nie można w tym kraju liczyć 🙂 

A teraz trochę całkiem realnego wizjonerstwa…
Weźmy za przykład wspomniane wyżej, odkładane co miesiąc 100zł dla dziecka. Stały przelew, bez potrzeby pamiętania. Bez zaprzątania sobie głowy. Rozwiązanie niezwykle proste, które po dwunastu miesiącach daje nam 1200zł samego kapitału, bez odsetek.
Kiedy Zuza pójdzie do szkoły, na koncie będzie 7200zł. Kiedy skończy 18 lat – blisko 22000zł. Bez odsetek i wszelkich okolicznościowych zasileń konta. To suma, która pozwoli opłacić część studiów, kupić dobry samochód czy zwiedzić kawał świata. Oczywiście jeśli w tak zwanym „międzyczasie” nie wydarzy się coś nieoczekiwanego np. w postaci choroby. Wtedy być może trzeba będzie skorzystać z odłożonych pieniędzy (w przypadku planu regularnego oszczędzania zapewne z niewiadomej kwotowo części naszych oszczędności).

Wydaje Wam się niemożliwe odkładanie pieniędzy przez tak długi czas? A nie uważacie, że kiedy jest cel i trzeba zabezpieczyć finansowo rodzinę, to wstępuje w człowieka spora siła, determinacja i motywacja do działania? Przyjście na świat dziecka to ogromna motywacja. Nawet dziadkowie potrafią się zmobilizować do regularnego oszczędzania pieniędzy dla wnuków. Wiem, co piszę – moi rodzice zadziałali według powyższego schematu wcześniej, niż powstał ten tekst.

Człowiek to silna bestia i kiedy musi – nie ma rzeczy niemożliwych 🙂 Powodzenia w oszczędzaniu!

P.S.: A Ty jakie masz sposoby na oszczędanie pieniędzy dla dzieci? Będę wdzięczny, jak podzielisz się z innymi w komentarzu.

Poród dziecka [OBJAWY, przebieg porodu, WSKAZÓWKI]

Poród dziecka [OBJAWY, przebieg porodu, WSKAZÓWKI]

Jak wygląda przebieg porodu na przykładzie naszej Zuzy

Kochani, mimo natłoku obowiązków rodzinnych spieszę podzielić się z Wami dobrą nowiną, że od dziesięciu dni jesteśmy szczęśliwymi rodzicami! Poród odbył się w ekspresowym tempie, w środę 8 maja. Poniżej możecie przeczytać o przebiegu porodu od skurczy przepowiadających do narodzin.

Skurcze przepowiadające
Od rana żona odczuwała skurcze przepowiadające, które nasilały się z godziny na godzinę. Rano został wydalony czop śluzowy, który tworzy się w celu ochrony płodu przed infekcjami (blokuje dostęp do macicy). Jest to jeden z objawów przepowiadających poród. Jednakże od tego momentu do urodzenia dziecka może minąć od kilku godzin do kilku dni.

KTG i wizyta lekarska
O godzinie 12:30 mieliśmy umówione KTG (badanie monitorujące akcję serca płodu). Mimo sporych skurczy maszyna nie wykazała rozpoczęcia akcji porodowej. Następnie przeszliśmy do lekarza, który stwierdził, że szyjka macicy się skraca, ale póki co nic poważnego się nie dzieje. Mała wykonała kroczek w długim maratonie. Uspokoił nas, kazał wrócić do domu i czekać na dalsze objawy. W drodze do domu żona stwierdziła, że skoro nic się nie dzieje, a ona mocno odczuwa skurcze, to jakie one będą po rozpoczęciu się akcji porodowej.

Wymioty i parcie na jelita
Wróciliśmy do domu ok. 13:45. Przez godzinę żona miała równocześnie wymioty i parcie na jelita. Sprawdziłem w Internecie i okazuje się, że w ten sposób organizm oczyszcza się przed akcją porodową. To kolejne objawy przepowiadające. Tak jak w przypadku odejścia czopa śluzowego, poród może nastąpić w czasie od kilku godzin do kilku dni.

Odejście wód płodowych
O godzinie 14:45 odeszły wody płodowe 🙂 Panowie, którzy nie mają żadnego doświadczenia w tym temacie – wód płodowych jest sporo i nie da się ich pomylić z żadną inną wydzieliną. Odejście wód płodowych to dla Was ostatni sygnał, żeby zawieźć ciężarną do szpitala. Zaobserwujcie też kolor wód. Jeśli są białe lub niebieskie – można spokojnie (heh!) działać. Kolor zielony, zółty lub brązowy oznacza wydalenie smółki (pierwszej kupki) w brzuchu mamy, co może grozić powikłaniami. Wtedy natychmiastowo jedźcie do szpitala.

Wykorzystaj czas między skurczami
Wiedzcie, że niezależnie od koloru wód – nie będzie łatwo zabrać ciężarną 🙂 Dlaczego? Ponieważ skurcze nasilają się co 3-5 minut. Ubierz kobietę i postaw na nogi, jak zwija ci się z bólu 🙂 Dlatego podpowiadam, żeby wykorzystywać przerwy w skurczach na zabranie torby z rzeczami (którą warto dużo wcześniej przygotować) i przeprowadzenie kobiety do samochodu. Później już tylko gaz do dechy!

Akcja porodowa
My zajechaliśmy do szpitala w samą porę. Zuzanna urodziła się siłami natury, bez znieczulenia, bez krzyków, w godzinę od odejścia wód płodowych! Akcja była na tyle szybka, że nie zdążyłem nawet odciąć pępowiny 🙂 Drodzy Panowie jeśli odliczycie czas od momentu wyjścia z domu do przyjazdu na izbę przyjęć, zdacie sobie sprawę, jak niewiele możecie mieć czasu w całej tej operacji. Położna powiedziała nam, że było bardzo blisko do urodzenia dziecka w samochodzie. Dla takiej osoby bez doświadczenia jak ja, mogłoby się to dla noworodka źle skończyć (np. zachłyśnięciem wodami płodowymi). Więcej informacji o pierwszym oddechu/krzyku oraz możliwych zagrożeniach znajdziecie tutaj.

Mam na imię Zuzanna
Córka urodziła się trzy tygodnie i 2 dni przed terminem. Z tego tytułu zaliczono ją do wcześniaków. W skali Apgara otrzymała 10/10 punktów. Jest zdrowa, żywotna i – zdaniem położnej – lepiej reaguje na bodźce, jak miesięczne dziecko. Nic, tylko się cieszyć. Oto pierwsze zdjęcia buźki i najsłodszych części maleńkiego ciałka 🙂

– Dzień dobry, jestem Zuzanna 🙂
– Przeczytaj na opasce, czyja jestem. 
– Małe wielkie stópki 🙂 

Samochód dla rodziny z dzieckiem [PORADNIK, jaki kupić]

Samochód dla rodziny z dzieckiem [PORADNIK, jaki kupić]

Zakup samochodu rodzinnego: mini-poradnik 

Tym razem będzie o tym, na co zwrócić uwagę przy wyborze auta dla rodziny z dzieckiem. Słowem wstępu chciałbym wyjaśnić, skąd wziął się pomysł na ten krótki poradnik. W sieci znajdziecie tysiące tekstów opatrzonych szyldami: jak samochód rodzinny wybrać, jakie jest najlepsze auto rodzinne, czy też jaki samochód dla rodziny kupić. Wiem, bo przebrnąłem przez większość z nich w ostatnim półroczu. Większość z nich jest też o przysłowiowej „dupie Maryni”. Dlatego postanowiłem napisać poradnik, oparty na zgromadzonych przez cztery miesiące danych technicznych, konsultacjach z mechanikiem i własnych przemyśleniach. Postaram się zatem zaoszczędzić wasz czas i podpowiedzieć wam, na co zwrócić uwagę kupując auto rodzinne.




Czy to konieczne?
Zacznijmy od tego prostego pytania 🙂 Jeśli spodziewacie się dziecka, to zapewne już zetknęliście się z tym tematem. Jeśli planujecie dziecko – niezależnie, czy jest to bliższa, czy dalsza przyszłość – nastawcie się na ten wydatek. W książce opisywanej tutaj przeczytałem, że przyjście na świat dziecka jest równoznaczne z zakupem nowego samochodu i nie da rady inaczej. Pomyślałem: „Eeee, tam. Damy radę starym autem”. Kolejne zdania w książce brzmiały mniej więcej tak:

„Jeśli wydaje Ci się, że dasz radę ze starym samochodem, to zapomnij. I nie dąsaj się z powodu szukania przeze mnie wad w Twoim wysłużonym bolidzie, tylko zacznij myśleć o dużym, rodzinnym samochodzie, bo będziesz cienko kwiczał, jak ujrzysz listę przedmiotów do spakowania w podróż z dzieckiem. Koniec szaleństw za kółkiem. Sportowe lansiarskie auto kupisz sobie, jak dziecko skończy osiemnaście lat”.

Tak, wiem, to prześmiewczy ton, ale wystarczy jedna próba spakowania wózka w całości. Choć bagażnik w Hyundai’u Accent nigdy nie był dla mnie mały, wózek ledwo zmieścił się… do środka! I to rozebrany na części. Od razu wyjaśniam mój punkt widzenia: jasne, można za każdym razem zdejmować gondolę ze stelaża i pakować wszystko osobno. Jeśli się zmieści – nawet osobno. W Daewoo Lanosie byłby z tym problem.
Oczywiście nie każdego stać na wyjęcie z kieszeni kilkudziesięciu tysięcy złotych na auto. Znam rodzinę, która na tygodniowe wakacje w góry pojechała pierwszą generacją Fiata Punto i niczego im nie brakowało.
Warto w tym miejscu odpowiedzieć sobie na pytanie na ile upychanie rzeczy będzie dla was wygodnym rozwiązaniem. Panowie pomyślcie również o waszych żonach, które same będą musiały wybierać się np. z chorym dzieckiem do lekarza. Podczas pakowania zaczyna się bieganina „bagażnik-tył-bagażnik-tył”. Na początku pojawiają się również pytania: to jak to było? Jak ten wózek się składało? Dziecko się niecierpliwi, mama się niecierpliwi, a można tego uniknąć. Wystarczy odpowiednio planować, wyprzedzać ruchy „przeciwnika” i przewidywać pewne sytuacje. Tego warto się nauczyć przed przyjściem dzieciątka na świat. Warto też, o ile są takie możliwości, sprawdzić pojemność waszego bagażnika w bezpośredniej konfrontacji z wózkiem, wanienką i jakąś dużą torbą.

Przestrzeń głównym wyznacznikiem
Ok, podjęliśmy próbę oszacowania pojemności naszego samochodu (wzrokowo lub z rzeczami) i okazuje się, że jednak kiszka. To się nie zmieściło, to nawet wejść nie chciało, tego i owego nawet byście nie próbowali upychać. Czas rozejrzeć się za czymś większym.
Jedni sugerują – kup jak największy samochód! Ja natomiast sugeruję dostosować wielkość samochodu do potrzeb. Na początku nastawiałem się na 7-osobowego minivana, bo mógłbym na raz wszystkich i wszystko spakować. Myślę tutaj o corocznym wspólnym wyjeździe z rodzicami na krótki urlop. Nas dwoje, troje rodziców, dzieciątko, a w planach chcielibyśmy jeszcze jedno. Razem 7 osób. A tak poza tym to miejsce zawsze się przyda. Tyle, że:
a) zwykle wyjeżdżamy tak raz do roku,
b) zanim pojawi się drugie dziecko, trzeba będzie zmienić auto (z uwagi na wiek),
c) może się okazać, że po zapakowaniu podróżujących i tak zabraknie miejsca na wszystkie rzeczy.
Trzeci rząd siedzeń nie bierze się znikąd. Zwykle powstaje on kosztem zmniejszenia bagażnika. Dla przykładu: pojemność bagażnika Opla Zafiry bez trzeciego rzędu siedzeń wynosi ok. 700 litrów. Wierzcie mi, to ogromna przestrzeń. Ale po zamontowaniu dodatkowych dwóch siedzeń robi się… zaledwie 150 litrów! Co tam zmieszczę? Dwie torby i butelkę wody? Reszta pod nogami pasażerów, a dziecku trzeba będzie od najmłodszych dni tłumaczyć, że nie ma innej rady, jak w mig nauczyć się chodzić, bo na wózek nie ma w aucie miejsca 🙂

Odrzuciliśmy zatem minivany, choć wcale ich nie negujemy. Jeśli ktoś blisko podjeżdża, podrzuca od czasu do czasu większą liczbę pasażerów, czy naprawdę potrzebuje dużej przestrzeni (np. dwójka dzieci, samochód w tygodniu do przewożenia rzeczy w pracy), to minivan jak najbardziej się sprawdzi. W naszym przypadku wozilibyśmy powietrze, dokładając na początku do całego interesu kilka tysięcy więcej, bo niestety minivany są droższe od pozostałych samochodów.

Podsumowując przestrzeń: sensownym rozwiązaniem będzie samochód z bagażnikiem w okolicach 500 litrów. Taką pojemność oferują rodzinne kombi lub niektóre minivany. Jeśli na tym chcecie się skupić, to tak zwany segment „B” zdecydowanie odpada, choć nie omieszkam niżej o nim wspomnieć 😉

Trzy słowa o miejskich samochodach
W przypadku aut miejskich możecie zapomnieć o swobodzie pakowania. Testowaliśmy Nissana Note. 280 litrów w bagażniku nie zachwyca tak samo, jak benzynowy silnik 1.2, który nie zapewnia komfortu wyprzedzania z dzieckiem na pokładzie. Opel Corsa z litrowym silnikiem zaoferuje Wam takie same właściwości jezdne i pakunkowe. Jedyne auto klasy miejskiej godne uwagi to Honda Jazz. Z wyglądu nie sprawia wrażenia obszernego, ale siadając za kółkiem lub otwierając klapę bagażnika można się zdziwić. Nieco ponad 400-litrowy bagażnik oferuje całkiem niezłe możliwości. Małe, zwinne auto, łatwe w parkowaniu i ekonomiczne (ok. 5,5 litra w mieście). Dodając fakt, że Jazz jest najmniej awaryjnym samochodem w swojej klasie – nic, tylko brać! Niestety wszystkie wyżej wymienione cechy wpływają na cenę. Za nowego Jazza z silnikiem 1,4 (100KM) trzeba zapłacić ok. 55.000 zł. Używanych na rynku (trzecia generacja) – jak na lekarstwo, a ceny oscylują w granicach 32.000 – 40.000 zł. Owszem, trafiają się ciekawe oferty, ale trzeba bardzo dokładnie sprawdzać na stacji diagnostycznej, a najlepiej pojechać do swojego mechanika na prześwietlenie. My poddaliśmy testom piękny model sprowadzony z Niemiec, zaledwie 59.000 km, perłowy lakier, szklany dach, szmery-bajery. Okazało się, że bok od strony pasażera był robiony i to z marnym wynikiem końcowym. Grubość lakieru w kilku miejscach wynosiła od 500 do 800 mikronów (podejrzeń nie wzbudzają wartości między 60 a mawet 200 mikronów). Jak zawyrokował nasz mechanik: do dwóch lat szpachla popęka i trzeba będzie całość poprawić. Wiadomo, co to za sobą pociąga 🙂

Bezpieczeństwo
W środowisku przyszłych rodziców kupujących samochód rodzinny, bezpieczeństwo bywa często podkreślane. I przez kupujących i przez sprzedających 🙂 Nie ma w tym podejściu nic złego, gdy zachowujemy racjonalny poziom. To trochę tak, jak z niektórymi rzeczami metkowanymi „dla dziecka”. Metka z założenia ma podnieść poziom ochrony. W przypadku samochodów jest dość znana prawidłowość: im większe auto, tym robi się bezpieczniej. Tak kochani, bo przy kolizji działające siły zupełnie inaczej rozkładają się w SUV-ie czy kombi, a inaczej w miejskim pomykaczu. To, co na przykład może być uderzeniem dokładnie w bok auta miejskiego, gdzie znajduje się wasze dziecko – w przypadku kombi będzie uderzeniem w bok, ale przestrzeni bagażnika.

Podsumowując bezpieczeństwo: Im większe auto, tym bezpieczniej, ale pamiętajmy również o dodatkowym wyposażeniu podnoszącym bezpieczeństwo: raczej sześć lub osiem airbagów, niż cztery ( 2 x czołowe, 2 x boczne przód, 2 x boczne tył, 2 x kurtyny powietrzne) oraz ABS z dodatkami (ASR, ESP, BAS).

Auta godne uwagi
Po określeniu naszych potrzeb i w porozumieniu z mechanikiem zdecydowaliśmy szukać rodzinnego kombi z silnikiem benzynowym, przeznaczonym pod montaż instalacji gazowej. Podpowiem jednak co nieco o silnikach diesla. Na następujące samochody – zdaniem naszym i znajomego mechanika – warto zwrócić uwagę:

a) Volkswagen Group – polecany silnik benzynowy to 1,6 (102KM). Łatwy montaż instalacji gazowej, która w przypadku silników doładowanych (TSI, TFSI, FSI) wciąż stanowi problem. Dodatkowo model 1,6 FSI jest niezwykle awaryjny, wystarczy poczytać forum 🙂 Polecany silnik diesla to sztandarowa jednostka 1,9tdi (105KM). Silniki 2.0tdi trzeba dobrze sprawdzić, bo nawet przy niewielkim przebiegu zdarzają się znaczące awarie. Lepiej unikać też modeli z filtrem cząstek stałych (DPF). Jeśli grupa Volkswagena wzbudza w was pozytywne emocje, niech wasze oczy kierują się w stronę:
– Audi A4,
– Seat Altea / Altea XL,
– Skoda Octavia,
– Volkswagen Golf,
– Volkswagen Passat,

b) Japońce – polecane silniki benzynowe to przynajmniej 1,8 (okolice 125KM). Jednostki 1,6 są za słabe w stosunku do masy, jaką muszą uciągnąć. Z diesli jest przyzwoicie już przy 1,6tdi (np. testowana Mazda 3 w posiadaniu szwagra), choć przyznam szczerze, że nie zgłębiałem mocniej tematu japońskich silników na ON. Na pewno w benzynie podczas pracy sugerowane są wyższe obroty. Skądś w końcu musiało wyniknąć powiedzenie: masz japońca – kręć do końca 😉 Jeśli pociąga was Japonia, to szukajcie:
– Hondy Civic (silnik 1,4 to ten sam, co w Jazz, ale pamiętajcie, że Civic jest cięższa!),
– Hondy Jazz (tylko silnik 1,4 / 100KM),
– Mazdy 6,
– Toyoty Avensis (konieczna konserwacja podwozia),
– Toyoty Corolli (konieczna konserwacja podwozia),
lub ostatecznie Toyoty Corolli Verso (bagażnik ok. 453 litry, ale składana w Turcji!)

c) Opel (Generals Motors) – przyzwoicie zachowują się silniki benzynowe 1,8 (125KM lub 140KM). Jednostka 1,6 w opinii kierowców jest za słaba, natomiast wersję najmocniejszą (2.2 / 150KM) mało osób gazuje. W dieslu zdecydowanie 1,7cdti (minimum 101KM) lub 1,9cdti.
Warto zatem przyjrzeć się:
– Oplowi Merivie (możliwości bagażnika trzeba zweryfikować – 360 litrów)
– Oplowi Zafirze.
Z koncernu GM pozostaje do rozważenia Chevrolet. W jednym z odcinków Zakupu Kontrolowanego na TVN Turbo prowadzący przedstawiali model Cruze kombi. Trzeba przyznać, że robi wrażenie. Na nowego być może bym się pokusił. Na używanego – sprawdziłbym wcześniej opinie.

Nasz wybór padł na…
W naszym przypadku zakup nowego samochodu wynikał z dwóch rzeczy: przyjście na świat dziecka oraz wiek poprzedniego auta, które miało już 13 lat. Żeby zapewnić sobie komfort psychiczny w kwestii sprawności i pakowności, zdecydowaliśmy się zakupić młodszy samochód. Założone przez nas kryteria były następujące:
– rocznik 2007 lub nowszy,
– salon Polska po jednym właścicielu lub sprowadzany z Niemiec,
– bezwypadkowy (choć wiadomo, jak jest na rynku),
– rozsądna cena, najlepiej do 30.000 zł, żeby mieć jeszcze zapas na ubezpieczenie i instalację gazową,
– silnik benzynowy z przeznaczeniem pod instalację gazową (z tego zrobiłem doktorat 🙂 ),
– przebieg do 120.000 km,
– moc minimum 100 KM,
– kombi,
– klimatyzacja,
– czujniki parkowania.

Po blisko sześciu miesiącach poszukiwań zakupiliśmy Volkswagena Golfa V Variant. Samochód posiada silnik benzynowy 1,6 (102KM) oraz instalację gazową Landi Renzo Omegas (butla w kole). Oprócz tego ma osiem poduch, klimę, a w ciągu sześciu lat użytkowania przejechał zaledwie 76.000km. Tym samym udało nam się zrealizować prawie wszystkie założenia. Brakuje tylko czujników parkowania, ale z tym można sobie poradzić. Można również samemu założyć, lecz warto nie oszczędzać na jakości i założyć czujniki Bosch Parkpilot (wykrywają słupki, czego większość czujników nie robi!).

I na koniec:
Przeczytałem kiedyś, że kupując samochód należy być podejrzliwym na każdym kroku. Polskie realia są niestety smutne – okazji nie ma. Sprzedawcy potrafią pięknie mówić, argumentować i widać, że czytają książki o marketingu! 🙂 Nie dajcie się mamić. Jeśli od początku coś wam nie pasuje w samochodzie – nie decydujcie się na zakup.
Nie dawajcie się ponieść emocjom, nie ulegajcie chwili. Wiem, co piszę, bo mam do tego skłonności, a dodatkowo po sześciu miesiącach szukania można być zmęczonym i mniej czujnym. Przychodzą nawet myśli, by kupić cokolwiek, żeby tylko mieć temat zamknięty. Otóż nie – trzymajcie się jak najbliżej wytycznych.
Jeśli nie znacie się kompletnie na samochodach – warto podjechać do zaufanego mechanika, by ocenił stan techniczny. Kompetentna osoba wie, gdzie szukać oznak dokonanych robót, poprawek i przekrętów.
Ostatnia zasłyszana mądrość: jedyną okazją dla was może być sytuacja, gdy sprzedający jest zmuszony nagłym przypadkiem losowym  do sprzedaży samochodu (śmierć współwłaściciela, spłata długów, pogorszenie się sytuacji życiowej). Czasem da się to wyczuć, dlatego nie bójcie się sprawdzać samochodów z małym przebiegiem. Można czasem trafić takiego rodzynka 🙂

– Cztery i pół metra radości 🙂 

– Bagażnik 505 litrów robi wrażenie! 

– Przestrzenne wnętrze zapewni komfort dziecku.

– Mnóstwo schowków i wszystko pod ręką. W drogę!
Komoda – pierwsze meble dla niemowlaka [MONTAŻ, poradnik zakupowy]

Komoda – pierwsze meble dla niemowlaka [MONTAŻ, poradnik zakupowy]

Komoda – pierwsze meble dla przyszłego niemowlaka.

Meble dla niemowląt to dzisiaj temat-rzeka. Wystarczy zapytać wyszukiwarkę o meble niemowlęce, by dowiedzieć się, że jest przynajmniej kilku producentów oferujących to, o czym Twoje dziecko wprost marzy. Nawet, jeśli jeszcze się nie urodziło 😉 Dziś skupię się na komodzie, która razem z łóżeczkiem jest jednym z pierwszych mebelków dla Twojego bobasa. Jak wybrać odpowiedni model? Czy komoda musi być koniecznie niemowlęca? Otóż niekoniecznie, ale o tym dalej.

Mebelki dla niemowlaka – jak to ładnie brzmi!
Dzisiaj bardzo popularne są produkty mające w nazwie przeznaczenie „Dla dziecka” lub jeszcze lepiej – „Dla niemowląt”. I tak na rynku znajdziecie na przykład komody dla niemowląt, a nawet całe zestawy mebli dla niemowląt. Kupując je rodzice są przekonani, że dokonali najlepszego wyboru i zagwarantowali swojej pociesze najbezpieczniejsze, najbardziej ergonomiczne rzeczy, jakie mogły się trafić. Bo to w końcu meble dla dziecka, a więc nie takie zwykłe. No i potrzebne, w końcu trzeba odpowiednio przygotować się na nowego członka rodziny. Warto jednak na chłodno zadać sobie pytanie, czym te super dziecięce meble różnią się od tych zwykłych?

Niemowlęce czy zwykłe?
Weźmy dla przykładu wspomnianą komodę. Oczywiście możesz kupić model dla niemowlaka, nikt Ci nie broni. I nie zabroni, jeśli właśnie udziela Ci się dziki, przednarodzinowy zakupowy szał. Zostawisz wtedy w sklepie jakieś 500 zł, albo i więcej. Przyniesiesz do domu kilka desek, w tym ze trzy z namalowanymi misiami. Tak, zgodzę się, że są ładne. Tylko pamiętaj o tym, że Twojemu bobasowi będzie na początku wszystko jedno, jakie one są i czy w ogóle są. Zanim się połapie, o co chodzi z tymi wyżłobionymi miejscami – minie przynajmniej kilka miesięcy. Nie spodziewaj się też, że będzie te szafkowe misie przytulać, bo przecież to słodkie misie. Szybko da Ci znać, że misie to są fajne, jak się je zabiera ze sobą pod pachę na spacer albo do łóżeczka. I co? Oto Twoja komoda dla niemowlaka. A teraz przedstawię Ci nasz punkt widzenia 🙂

Zwykła komoda w pokoju niemowlaka
Pewnej soboty wybraliśmy się do sklepów na rozpoznanie. Obejrzeliśmy kilkanaście modeli: od takich typowo niemowlęcych z misiami po zwykłe, najzwyklejsze. Mieliśmy też własną wizję mebla i rozrysowany projekt. Omówiliśmy wszystkie za i przeciw i zdecydowaliśmy się kupić zwykłą, gotową komodę. Bez miejsca na przewijak. Będziemy go montować na łóżeczku.
Wybór padł na model Klio z firmy Black Red White. Okazało się, że wrocławskie Meble Manhattan mają w styczniu promocję na kolekcję BRW i komoda będzie nas kosztować 329 złotych. Taka z misiem, która nam się podobała, kosztowała by ok. 500 – 600 złotych i miała tylko 80cm szerokości. Klio ma 130 cm, a więc jest półtorej razy taka. Za różnicę w cenie mogę kupić taką ilość naklejek z misiami, że w życiu wszystkie nie zmieszczą się na drzwiach komody.
Bazowo komoda posiada 5 szuflad i dwie szafki, każda z jedną półką w środku. Postanowiliśmy nieco zmodyfikować nasz mebel, dodając jeszcze jedną półkę w każdej szafce. Dzięki temu komoda stała się bardziej pojemna i praktyczna. W końcu ubranka dla bobasa nie mają rozmiaru XL, więc im więcej półek, tym lepiej. Dodatkowe blaty kupiliśmy w Obi. Usługa docięcia na wymiar jest bezpłatna, więc z dodatkowymi kołeczkami do półek zapłaciliśmy równo… 17 złotych. Wystarczyło tylko odmierzyć miejsca montażu nowych półek i delikatnie nawiercić otwory pod kołki. Raptem 20 minut roboty i gotowe 🙂
Tak prezentuje się nasza komoda dla niemowlaka:

meble_niemowlęce_komoda
Przygotowanie miejsca

meble_dla_niemowląt_składanie
Przygotowanie elementów

mebelki_dla_niemowląt
1/3 pracy wykonana!

komody_dla_niemowląt_Klio
Przed przeróbką – widać tylko jedną półkę w szafce

gotowa_komoda_Klio
Po przeróbce – gotowa na przyjęcie niemowlęcych rzeczy

Bądź praktyczny i kieruj się rozsądkiem
Przy wyborze mebli dla niemowląt warto kierować się zdrowym rozsądkiem. Nie wszystko, co ma etykietkę „dla niemowląt” jest najlepszym rozwiązaniem. O ile kupując wózek, uwagi sprzedawcy mogą być bardzo cenne, tak w przypadku mebli liczy się praktyczność. Liczne półki i szuflady to priorytet. Jeszcze zdążycie się przekonać, jak dużo rzeczy może mieć/potrzebować Wasza pociecha. A kolor czy wygląd mebla? Maluchowi naprawdę nie sprawi to różnicy, a Wam – rodzicom z jeszcze długą listą wydatków – każdy zaoszczędzony grosz się przyda.