Wycieczka na SOR [spostrzeżenia, CO ROBIĆ]

Jak wygląda praca na dzięcięcym SORze w nowym szpitalu wojewódzkim we Wrocławiu?

Myśleliście kiedyś o sytuacji, kiedy Wasze dziecko ma jakiś nieoczekiwany wypadek i trzeba jechać na SOR? Zastanawialiście się co trzeba zrobić? Jak wygląda wizyta na SORze? Ten tekst jest zbiorem przemyśleń po naszej wizycie na dziecięcym SORze w nowym szpitalu wojewódzkim na Stabłowicach we Wrocławiu. Tak, żebyście wiedzieli, z czym się liczyć wybierając się tam na SOR.


Lokalizacja
Zacznijmy od tego, że lokalizacja nowego szpitala wojewódzkiego we Wrocławiu jest, delikatnie mówiąc, kiepska. Ulica Fieldorfa jest boczną Kosmonautów, która prowadzi na Leśnicę. Korki w godzinach szczytu są gigantyczne. Poza szczytem też nie jest kolorowo. Jadąc do szpitala w środowy wieczór ok. 19:30 (dzień przed Bożym Ciałem), poruszamy się w sznureczku ze wszystkimi. Dojazd zajmuje nam ponad 10 minut. W końcu nie jedziemy karetką tylko osobówką. Przypomnę, że:

Szpital jest w sąsiedztwie AOW. Od zjazdu z obwodnicy do szpitala według map Google mamy 3,5km”.

Pięknie brzmi, że w sąsiedztwie AOW i tylko 3,5km. Od tego momentu Wasz zapas cierpliwości będzie się regularnie uszczuplać.

Rejestracja
Przyjeżdżamy o 20:22. Na SORze nie obowiązuje żadne specjalne traktowanie. Nie ma taryf ulgowych. Nikogo nie interesuje, że jesteście ZHDK (Zasłużonym Honorowym Dawcą Krwi), czy że przyjechaliście z trzytygodniowym dzieckiem. Stajecie w kolejce ze wszystkimi. Wołają po imieniu. Przed nami dziesięcioro dzieci. Nikt nie przeprowadza wstępnej oceny. A wystarczyło by postawić nawet młodego lekarza na specjalizacji, który już na początku stwierdzi, że np. ktoś z wypadku rowerowego niech pędzi na RTG, a ktoś z bólem brzucha na USG. I już mamy zaoszczędzone cenne minuty. Tego nie ma. Trzeba czekać na swoją kolej. 

Obsada lekarska
W środę przed Bożym Ciałem na dziecięcym SORze przyjmuje jedna para pielęgniarka-lekarz. Jedna! Mało tego – ta sama para również gipsuje, usztywnia i wydaje opisy. No to całość musi trwać. Jak już się doczekasz na wejście (u nas po prawie 2 godzinach), to słyszysz, że skoro dziecko przewróciło się na rowerku, to trzeba zrobić RTG. Do pracowni idziecie z „panem prowadzącym„. Gość ma taką fuchę, że prowadzi ludzi do pracowni, zostawia tam kartkę ze zleceniem i wraca. Całe szczęście, że sprząta też w pokoju zabiegowym, bo było by to jedno z „ciekawszych” zajęć, jakie ostatnio widziałem. Jakby lekarz nie mógł powiedzieć: „Proszę na rentgen, pokój 0100, koło holu głównego”.

RTG wymaga opisu
Wracamy z RTG i… stajemy znowu w kolejce. Trzeba czekać na opis zdjęcia. Mamy ok. 22:45. Przed nami szóstka dzieci. Tak się składa, że jest tylko jeden (!) lekarz przygotowujący opisy. Ale ale, nie siedzi cały czas nad opisami. Było by za miło. Najpierw pracownie RTG i USG tłuką na potęgę zlecenia, a później trzeba czekać, że lekarz będzie mieć chwilę przerwy, żeby zrobić opisy. Czas leci. Zaczepiam jednego z ojców, dziwiąc się że jeszcze nie wszedł ponownie do środka. W odpowiedzi słyszę, że jest „jakiś problem z opisem”. Nie wiem, w czym tkwił problem, ale opis był po jakichś 45 minutach od zdjęcia. Dodam tylko, że w starej lokalizacji, na starym sprzęcie, opis RTG był po max. 10 minutach.

Chce nam się jeść
Jeśli nie zabierzecie ze sobą jedzenia, to może być kiepsko. Po godzinie 18:00 bar jest zamknięty i trzeba się ratować czymś z automatu. A tutaj szału ni ma: albo na słodko (rogalik 7days, mieszanka studencka, chyba suszone jabłka) albo na słono (krakersy). Do tego woda, sok, kawa lub herbata. Jakoś na tym trzeba przewegetować do końca.

Wchodzimy ponownie
Na zegarku 0:30. Nasze dziecko jeszcze nie śpi, ale chłopiec przed nami był wybudzany na rękach mamy, żeby lekarka mogła go obejrzeć. Druga wizyta trwa niecałe 10 minut. Za nami jeszcze trójka dzieci, a w poczekalni dla dorosłych mamy praktycznie pusto! Dla mnie to sytuacja niedopuszczalna i trudna do zaakceptowania.

I na zakończenie
Pozostaje jeszcze uregulowanie rachunku w kasie parkingowej. A jak! Parking jest płatny. Za 4h10m płacimy 14 zł. A gdybym tak w roztrzęsieniu zapomniał pieniędzy czy karty, to rachunek byłby srogi. Na początku mocno się zirytowałem. Teraz myślę, że nie ma się co dziwić. W holu głównym, gdzie w środku nocy nic się nie dzieje (w dzień rejestracja do przychodni specjalistycznych), świecą się prawie wszystkie oprawy. Zgodnie z normą ma być sto luksów, mamy spokojnie 5x więcej. Wykonawca zaoszczędził na czujnikach ruchu, a z czegoś trzeba opłacić rachunek za prąd. Gratuluję mistrzowskiego zarządzania. Tak w sferze nieruchomości, jak i zasobów ludzkich. 

Słowem podsumowania
Zanim pojedziecie na dziecięcy SOR do Szpitala im. Marciniaka we Wrocławiu, dobrze się zastanówcie. Lepiej wezwać karetkę, bo pacjent z karetki zawsze wchodzi poza kolejnością. Być może nie trafilibyśmy do tego szpitala, a np. na Kamieńskiego. Na Borowskiej nie ma dziecięcego SORu. Cóż, wygrało rozumowanie, że skoro dziecko nam nie schodzi z tego świata, to niech karetka jedzie do bardziej potrzebującego pacjenta. Łącznie straciliśmy 5,5 godziny, sporo nerwów i kilkadziesiąt złotych w automacie i kasie parkingowej. Całe szczęście, że koniec końców nic poważnego nie stało się naszej pociesze. 

Jak Zuza zdobyła +7 do zręczności

Jak Zuza zdobyła +7 do zręczności

Wspinam się sama!

Wczoraj córka mocno mnie zaskoczyła. Nie dość, że pierwszy raz zainteresowały ją drabinki, to jeszcze sama weszła na górę. Bez mojej pomocy. Dawno nie stałem przed dylematem: trzymać ją czy fotografować?


Może się wydawać, że to żaden wyczyn. A jednak. Nasze drabinki są wysokie, bo kiedy dziecko wejdzie na samą górę, to ja mam problem z asekuracją na w pełni wyciągniętych rękach. A do niskich osób nie należę. Stąd dylemat – skupić się na asekuracji czy zrobić zdjęcie.

Szybkie przetwarzanie informacji: Zuza zwykle baaaardzo asekuracyjnie podchodzi do różnych kwestii. Skoro niezwykle pewnie ruszyła po drabinkach, to znaczy, że wie co robi. Pewnie, to tylko dziecko i zawsze może zdarzyć się nieszczęście. Ja jednak dałem córce pełną swobodę, biorąc na klatę wszelkie konsekwencje ewentualnego upadku. Przeważyła chęć zrobienia zdjęcia:

– Tatusiu jestem u góry!

– Tak drabinki prezentują się w pełni.

Zuza weszła i zeszła bez najmniejszego nawet draśnięcia, a ja jako dumny ojciec oficjalnie stwierdzam i zapisuję +7 do zręczności 🙂

Co mówi dwuletnie dziecko [WYRAŻENIA, SŁOWA DWULATKA]

Słownik Zuzanny

Postanowiłem dzisiaj podzielić się z Wami słowniczkiem córci. Jak na swój wiek (niecałe dwa lata), myślę że ma całkiem spory zasób słownictwa. Tego polskiego i tego swojego – Zuzowego 😉 Ponieważ jeszcze nie potrafi składać wyrażeń i powtarzać słów trzysylabowych, większość wyrażeń opiera się na dwóch sylabach:

bambam – piłka
bawan – bałwan
biba – Biblia
blibla – rybka
brumbrum – auto
buwi – buty
choć – chodź
choji – chory
ciapcia – czapka
ciapcie – kapcie
ciepcie – ciepłe
ciocia – tutaj również bez niespodzianki
citam – czytam
cześć – bez niespodzianek -> cześć (jedno z pierwszych najlepiej wypowiadanych trudnych słów)
daj – wiadomo co 🙂
domdom – do domu
dwa – 2
dzieci – tłumaczyć nie trzeba
dziędzię – dziękuję
gowa – głowa
iś – iść
jaja – lala
jajo – klasycznie 🙂
jogu – jogurt
kogu – kogut
kluski – kluski
mimi – miś
moje – tutaj też wiadomo 🙂
nociu – nocnik
noć – noc
nunie – nóżki
obuź – obudź się
ofu – otwórz
ogór – ogórek
Ojo – kuzyn Olek
osiem – 8
osio – osioł
pafki – paszki
pam – to samo określenie i na pana i na panią
papi – papryka
Pepa – doskonale wypowiada imię świnki
pipa – wiadomo co 😉
pupa – bez niespodzianki
popij – też bez niespodzianki -> popij
primpram – pomidor 🙂
psiampsiam – przepraszam
ronie – na rączki
sąsia – sąsiad
siamsiam – samolot
siasi – szalik
siasiu – siadaj
siesiek – serek
Simsiam – Szymon
siociu – soczek
tufka – krówka
usią – usiąść
wiwam – winda
wowa – woda
wuwam – żurawina
Wuwa Majek – Wujek Marek
Wuwa Sis – Wujek Krzyś
wuwe – wózek
zimziam – zimno

Pewnie, że można się podśmiewać, bo niektóre z tych określeń są naprawdę wesołe. Ale jednego Zuzi nie można odmówić – chęci do nauki nowych słów. Codziennie widzimy, jak stara się powtarzać za nami kolejne wyrażenia. Wieczorami zdarza się, że przypomina sobie wszystkie nowo poznane słówka. Chodzą jej po głowie, bo przed pójściem spać recytuje na głos kolejne hasła.

Jest jeszcze kilka określeń ciężkich do napisania, by wiernie oddać dźwięki. Są też wyrażenia, o których celowo nie wspominam, bo to dla mnie pewien standard w tym wieku (mama, tatuś, baba, dziadzia, Asia, Aga, Ania itd.)

A Wasze pociechy w jaki sposób mówią na niektóre rzeczy? 🙂

O tym, jak maskotka miała pójść na spacer

O tym, jak maskotka miała pójść na spacer

Ubieranie Pana Magierskiego

Szanowni czytelnicy, z pełną powagą przedstawiam Wam Pana Magierskiego. Dlaczego Magierskiego? Będzie o tym później. Teraz zajmijmy się jego wyjściem na spacer z Zuzią. Był słoneczny, ale wietrzny dzień. Zuzia stwierdziła, że Magierskiemu nie może być zimno. I postanowiła go ubrać. Efekty oceńcie sami 🙂


Kiedy wieje wiatr, ubieramy czapkę i chustę. Zuzia o tym wie, bo sama przygotowała, a raczej odstąpiła swojemu psiakowi własne części garderoby. Żeby w uszka było ciepło, żeby za kołnierz nie wiało. I jak? Podoba się? 🙂

przebieranie maskotki
– Pan Magierski idzie na spacer 🙂 

P.S. obiecałem wyjaśnić: Pan Magierski to nie jest zwykła maskotka. To wierna maskotkowa kopia psa naszej znajomej. Taki sam kolor sierści, taki sam wesoły pyszczek, tak samo pilnuje Zuzi w dzień i w nocy. Ujął nas, bez dwóch zdań.

Dlaczego Magierski? Bo ten prawdziwy pies tak właśnie jest nazywany. Od nazwiska właściciela, u którego kiedyś mieszkał, ale było mu źle, więc uciekł i znalazł nowy dom u naszej znajomej. Nie odstępował Zuzy na krok. Kiedy wchodziliśmy do pokoju, kładł się pod drzwiami i pilnował. Kiedy szliśmy na spacer – biegł z nami. Pałał energią i od początku dawał się głaskać. Zuza od początku bardzo go polubiła. Jak tylko go widziała – piszczała i pokazywała palcem.

Kiedy po przyjeździe od znajomej zobaczyliśmy tę maskotkę w sklepie, od razu wiedzieliśmy, że zostanie prywatnym zuzakowym Panem Magierskim. Przecież nie można z ulubionym zwierzakiem widzieć się maksymalnie dwa razy do roku 🙂

Mówię „TAK”, mówię „NIE”

Czas komunikować, czyli mówię dobitnie „TAK” i „NIE”. 


Nadszedł czas komunikowania. Bardzo dobitnego. Zuza nauczyła się mówić „TAK” i „NIE”, z zastrzeżeniem, że to drugie słowo pada częściej, niż to pierwsze. Zdążyłem się już przyzwyczaić. I tak, w naszym domu słychać ostatnio następujące dialogi: 
– Chcesz pić? 
– Tak. 
– Idziemy zmienić pieluchę?
– Nie. 
– Jak to nie, z brudną pupą będziesz chodzić? 
– Tak (i ucieczka po łóżku :))
– Zuziu położysz się? 
– Nie, niiiie, niiiie. 
– Dać jeszcze pomidora? 
– Taaak. 
– A chcesz szyneczki? 
– Nnnn, nie. 
Nie mogę wyjść z podziwu, jak wiele rozumie małe dziecko. Małe, bo przecież ona ma dopiero 16 miesięcy i nie mówi. Nie mówi, ale rozumie. Usłyszałem kiedyś, że to przecież dziecko i ono niewiele rozumie. Można się zdziwić i to bardzo. Podejrzewam, że umiejętność dość szybkiego kojarzenia to zasługa częstego mówienia do niej już od pierwszych chwil. Osłuchała się, pewne rzeczy zna z nazwy i choć nie potrafi ich jeszcze wymówić, doskonale wie, że o nich akurat mowa. 
Ach, zapomniałbym – Zuza mówi ostatnio również „Mama” i „Tata”. Dość głośno i wyraźnie. To mi akurat nie przeszkadza. Ma w słowniku jeszcze parę swoich określeń na przedmioty. Póki co, po swojemu, bo jeszcze w pełni samodzielnie nie chodzi, więc całą swoją energię skupia właśnie na nauce chodzenia. To kwestia od kilku dni do kilku tygodni. Później nastąpi rozkwit mowy 🙂 
Zdrowy Start w przyszłość [DARMOWA PRÓBKA KASZKI]

Zdrowy Start w przyszłość [DARMOWA PRÓBKA KASZKI]

Zdrowy Start w przyszłość – Jestem taaaki duży.

Kilka dni temu wyciągnąłem ze skrzynki przesyłkę. Dostaliśmy od Nestle próbkę kaszki oraz broszurę zatytułowaną tak samo, jak ten post. To wynik zarejestrowania się Żony w jednym z programów dla młodych mam. Nie wiem w którym, bo na moje oko wszystkie firmy tematycznie związane z dziećmi przeplatają się wzajemnie w różnych programach. Nie jest zatem takie ważne, jaki program. Grunt, że próbka jest darmowa, nikt nie dzwonił pytać „Co Pan/Pani sądzi o naszym produkcie”, a z broszurki można dowiedzieć się parę ciekawych rzeczy.


Co w broszurce?
Dołączona do przesyłki broszura ma 16 stron. Na początku wita czytelnika zlepkiem pijarowych zdań (jak to zwykle bywa w takich ulotkach). Wstępniaka zatem trzeba potraktować z przymrużeniem oka 😉 Natomiast dalsza część jest ciekawa, bo dotyczy trzech obszarów życia dziecka: zdrowie maluszka, nowe smaki oraz nowe umiejętności. Całość zredagowano w formie pytań i odpowiedzi.

Zdrowie maluszka
Znalazły się tutaj odpowiedzi na pytania o: potówki, trzydniówkę, częstotliwość szczepień i odczyny po nich, sposoby podawania leków niemowlęciu czy budowanie odporności. Ze znalezionych ciekawostek: zalegająca w nosku wydzielina może doprowadzić do zapalenia zatok lub ucha środkowego. Wiedziałem, że jak się dziecku nie będzie regularnie czyścić noska, to dostanie kataru, ale nie miałem pojęcia, że konsekwencje mogą być tak poważne.

Nowe smaki
Z tej części można się dowiedzieć o: zaleceniach długości karmienia piersią (wiadomo, że im dłużej tym lepiej ;)), sugestiach przy wyborze pierwszej kaszki czy nowego mleka, poradach odnośnie wprowadzania nowych posiłków oraz napojów w diecie dzieciaczka. Najfajniejsza w tej części poradnika jest rozkładówka z napisem „Wyrwij”, gdzie są schematy żywienia niemowląt karmionych piersią oraz mlekiem modyfikowanym, a także pierwsza pomoc.

Nowe umiejętności
W ostatniej części broszurki są wiadomości o: postrzeganiu kolorów i słyszeniu dźwięków, raczkowaniu i siadaniu, a także używaniu smoczka przez dziecko w wieku dziesięciu miesięcy (sugestia, żeby podawać smoczek tylko do zasypiania i że ssanie kciuka gorzej wpływa na zgryz, niż ssanie smoczka).

Miły gratis
Jak już wspomniałem, w przesyłce była również darmowa próbka kaszki Sinlac. Poniżej na zdjęciach zobaczycie zawartość przesyłki reklamowej. Od siebie mogę dodać, że warto się zapisywać na darmowe próbki. Nic nas to nie kosztowało, a czegoś nowego zawsze się człowiek dowie. No i podkreślę, że póki co nie odczuliśmy w żaden sposób jakiegokolwiek nachalnego marketingu.

Darmowa próbka kaszki Sinlac
– Zawartość przesyłki: broszura i próbka kaszki. 
Zdrowy Start w przyszłość
– Całkiem ciekawe 16 stron informacji. 

Trzy miesiące życia [CO POTRAFI DZIECKO]

„Mam trzy miesiące i potrafię…”

Pomyślałem, że należy Wam się mały opis postępów rozwojowych Zuzanny. Tym bardziej, że za chwilę skończy trzy miesiące. Toż to kawał czasu od urodzenia 🙂 Co zatem u nas? Gdyby Zuza umiała już mówić, to mogłaby powiedzieć – mam trzy miesiące i…:


– uśmiecham się do osób, które rozpoznaję,
– lubię głurzenie,
– rozpoznaję swoje rączki, bo często je ssam,
– potrafię chwytać zabawkę, którą rodzice włożą mi do ręki,
– zwykle przesypiam nocki od 23:00 do 5:00,
– w ciągu dnia więcej się bawię, skracając czas spania, 
– nie mam już bólów brzuszka, więc moje jelita działają prawidłowo,
– szczepienia ochronne przyjmuję bez najmniejszych problemów,
– tylko ten odruch Moro jeszcze nie daje mi się czasem wyspać.

Ciekawe czy Zuza przyznałaby się też, że:
– czasem ma spore problemy, żeby zasnąć przed 0:30,
– szybko nudzi się w jednym miejscu,
– są dni, kiedy chciałaby tylko jeść,
– kołyska wcale nie jest fajna, 
– nieważne u kogo jest na rękach – nie przeszkadza jej to w głośnym płaczu,
– usypianie to najgorsza rzecz na świecie,
– spacer to lipa, ale w sumie to sama nie wie, co byłoby lepsze. 

Mimo wszystko możemy śmiało napisać, że Zuza jest wesołym maluchem 🙂 Lubi kąpiel i jazdę samochodem. Nie lubi natomiast zmian we wcześniej ustalonym schemacie dnia. Wtedy daje jasno do zrozumienia, że nie tak się umawialiśmy 🙂

Wyprawka dla noworodka [PRÓBKI, CO DAJE SZPITAL?]

Wyprawka dla noworodka [PRÓBKI, CO DAJE SZPITAL?]

Darmowa wyprawka dla dziecka na wyjście ze szpitala

Zapewne zastanawiacie się, czy po urodzeniu dziecka dostaniecie cokolwiek od szpitala, oprócz opieki zdrowotnej i pierwszych porad. Otóż wyobraźcie sobie, że możecie coś dostać i to zupełnie za darmo. W niektórych szpitalach (nie wszystkich) świeżo upieczone mamy otrzymują wyprawkę dla noworodka w postaci darmowych próbek produktów. W zależności od miejsca są to jedna lub dwie paczuszki, które wyglądają następująco:

– Mini-wyprawka dla niemowlaka: dwa opakowania darmowych próbek produktów.

Co w pudełkach?
Jak już wspominałem, w owych pudełkach znajdują się próbki produktów, ulotki oraz materiały informacyjne dla mam.W szpitalu na wrocławskim Brochowie otrzymaliśmy oba pudełka. Dokładnie już nie pamiętam, ile rzeczy w którym było, ale postaram się przybliżyć nieco ich zawartość i wymienić jak najwięcej.

Niebieskie pudełko zawierało:
– próbkę proszku do prania Lovela,
– półlitrową wodę mineralną,
– pieluszkę Pampers nr 1 (bodajże seria Premium Care),

– malutkie opakowanie Sudocremu, 
– czasopismo „Twoje Dziecko” oraz dodatkowe ulotki.
Pudełko „Dzidziuś” zawierało: 
– próbkę proszku do prania Jelp, 
– również półlitrową wodę mineralną, 
– również pieluszkę, tym razem Dada nr 1, 
– opakowanie żelu do golenia dla mężczyzn (w końcu tata nie ma drapać delikatnej skóry niemowlaczka 🙂 )
– czasopismo „Mamo to ja” oraz sporo innych ulotek. 
– Niebieskie pudełko
– Pudełko „Dzidziuś”

Przydatne rzeczy
Zawartości tych pudełek z pewnością ucieszą świeżo upieczonych rodziców. W końcu kto by się nie cieszył z darmowych pieluszek, Sudocremu czy proszków do prania. Jeśli rodzice są dobrze zorganizowani, to zapewne będą już mieć w domu większą część z tych rzeczy. Te otrzymane natomiast można na spokojnie testować.
Oba pudełka są świetnym pomysłem, zarówno dla rodziców (dostają produkt oraz informacje), jak i producentów (przekonywanie konsumenta do swoich produktów, utrzymywanie marki w świadomości odbiorcy). A pomijając aspekt czysto marketingowy – przyjemnie jest dostać coś zupełnie za darmo 🙂

Brzuch ciążowy w dwudziestym piątym tygodniu [ZDJĘCIA, jak wygląda]

Brzuch ciążowy w dwudziestym piątym tygodniu [ZDJĘCIA, jak wygląda]

Mam 800 gramów – brzuch w dwudziestym piątym tygodniu.

Jesteśmy dalej o kolejnych kilka tygodni. W porównaniu z dziewiętnastym tygodniem, a więc na chwilę przed półmetkiem, można rzec, że teraz to dopiero jest brzusio! Dla mnie rzecz zaskakująca, bo ostatnim razem byłem święcie przekonany, że mocno widać ciążę. Teraz nie ma już żadnych złudzeń – w brzuszku z pewnością siedzi bobas! Na początek małe porównanie:

Tydzień dziewiętnasty
Tydzień dwudziesty piąty

O ile do połowy ciąży brzuch rośnie powoli, tak po półmetku zaczyna się mocno powiększać. Zresztą to wytłumaczalne: w pierwszej połowie ciąży dzielą się komórki, wykształcają się wszystkie narządy, a wzrost jako taki jest niewielki. Natomiast w drugiej połowie ciąży bobasowi nie pozostaje praktycznie nic innego, jak zdrowo rosnąć. A co sobie będzie żałować, skoro tego mu życzą lekarz, rodzice i rodzinka? I tak też się dzieje.

Mam już 800 gram!

Zuza ma już 800 gram i lubi zdrowo się pokręcić. Żona dobrze czuje każdy jej ruch. Czasami mała urządza sobie rowerek – obiema nóżkami naprzemiennie kopie przez kilka sekund. Wtedy jej buszowanie widać na powierzchni brzucha. Raz nawet i mnie się dostało. Przyłożyłem nos do brzucha i… normalnie dostałem od córki kopniaka! 🙂

Dziecko w dwudziestym piątym tygodniu zaczyna słyszeć i widzieć światło. Próbowaliśmy raz bawić się z nią w sposób, który praktykują nasi znajomi: założyłem czołówkę i świeciłem przez chwilę w jedno miejsce na brzuchu, po czym wyłączałem latarkę i czekaliśmy, aż mała będzie próbowała sprawdzić, cóż się przez chwilę wcześniej zadziało. U znajomych to podobno działa. Niestety nasza kruszynka do takich zabaw nie była chętna. Mnie też jakoś nie zachwycił ten sposób zabawy. Wolę po prostu do niej mówić, śpiewać czy opowiadać, co się dzieje lub dziać będzie. Skoro już słyszy, to niech się przyzwyczaja do głosu taty 😉

Pomiar przezierności karku NT [CHOROBY genetyczne u dzieci]

Pomiar przezierności karku NT [CHOROBY genetyczne u dzieci]

Przezierność karkowa a ryzyko dziecięcych chorób genetycznych

Dzisiaj poruszę dość ważny i stresujący temat dla młodych rodziców, jakim jest przezierność karku. Mówiąc w prostych słowach to nic innego jak grubość fałdu karkowego. Mierzy się ją podczas USG, a wynik podawany jest w milimetrach. Na samych zdjęciach przezierność określana jest symbolem NT. Po więcej szczegółowych informacji odsyłam do Wikipedii. Ja natomiast napiszę Wam, dlaczego prawidłowe NT jest tak ważne, a badanie stresujące.




Przezierność karku posiada pewną normę, zresztą jak to parametr, który się mierzy. W praktyce nie powinna przekraczać 2,5mm. Co się dzieje, jak przekracza? Ano może to oznaczać, że Wasz bobas ma chorobę genetyczną. Wiem, brzmi to strasznie i potrafi zmrozić krew niejednego rodzica. Ponieważ sami to przechodziliśmy i szukaliśmy informacji na ten temat, od razu chcę ostudzić Wasze emocje. Przezierność poza normą nie oznacza, że Wasze dziecko na pewno jest chore. Podobnie, jak z hasłem na plakacie w klinice onkologii: “Rak to nie wyrok”. 


Nasze przejścia z wysoką przeziernością zaczęły się w 10 tygodniu ciąży. Poszliśmy z żoną na badanie kontrolne do lekarza prowadzącego, dla mnie pierwsze takie w życiu. Na wcześniejszych żona słuchała już bicia serca maluszka, więc tym bardziej byłem podekscytowany. Lekarz zaczął oglądać dzieciątko i przez moment zupełnie nic nie mówił. Po chwili rzekł :
– No nie jest za dobrze. Przezierność karku wynosi 3,2mm. 
– A jaka jest norma i co to może oznaczać dla dziecka? 
– Norma to ok. 2,5mm. Jeśli jest przekroczona, to może wskazywać na chorobę genetyczną u dziecka. 


Zmroziła nas ta wiadomość. W jednym momencie moja wielka ekscytacja i radość zamieniły się w smutek i poddenerwowanie. Pamiętam, że lekarz wtedy nie dał nam posłuchać bicia serducha. Do dzisiaj nie wiem, czy zrobił to celowo, żeby nie przyzwyczajać nas do maluszka, czy po prostu zapomniał. Nakazał zgłosić się za dwa tygodnie, bo – jak stwierdził – nie jest to coś normalnego i trzeba kontrolować sytuację. Spytałem na koniec: 
– Panie Doktorze, a tak realnie, jak kończą się takie przypadki podwyższonego NT? 
– Proszę pana, zwykle 60% przypadków to zespół Downa, 30% – wada serca, a 10% to zdrowe dziecko. Wiem, że to niewiele, ale zawsze to 10%. Niestety to jest medycyna i czasem nie mamy wpływu na dany stan rzeczy. Widzimy się za dwa tygodnie. Wtedy wszystko się wyjaśni i ewentualnie będziecie Państwo decydować, co dalej. Proszę być dobrej myśli i nie czytać za dużo Internetu, bo można tam znaleźć straszne bzdury. 


Jak się pewnie domyślacie, wcale nie byliśmy w skowronkach. Idziesz na pierwsze USG z żoną i dowiadujesz się, że jest spora szansa, że Twoje dziecko może mieć zespół Downa. Powrót do domu był bardzo trudny. Milion myśli na sekundę i tyle samo pytań: jak będzie wyglądać nasze życie? Czy pogodzimy pracę z domem? A jeśli będzie mocno upośledzone? Czy będziemy mieć fundusze na rehabilitację? Czy będziemy szczęśliwi z takiego dziecka? Czy ja w ogóle chcę takie dziecko? Wiem, że niektóre pytania budzą kontrowersje, szczególnie ostatnie. Może nie powinienem tak wcale myśleć i nie wiem, jak inni reagują. Jednak przyznaję się przed Wami nawet do tak trudnych tematów, bo nie potrafiłem myśleć racjonalnie w tamtym momencie. To przychodziło samo i wciąż kołatało się po głowie. Po powrocie do domu przegadaliśmy temat z żoną. Było smutno, były też łzy. Trudno oprzeć się pokusie szukania informacji, gdy nie wiesz, z czym masz się zmierzyć. Przeczytaliśmy listę chorób genetycznych, przeczytaliśmy więcej informacji odnośnie NT. Okazało się, że wynik jest miarodajny, gdy pomiar wykonuje się między 11 a 14 tygodniem ciąży (a więc tydzień później niż u nas). To nas trochę uspokoiło. Co prawda, polskie prawo dopuszcza przeprowadzenie aborcji m.in. w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby, zagrażającej jego życiu. My jednak byliśmy zdecydowani przyjąć takiego bobasa, jakim Bóg nas obdaruje i nie pozostało nam nic innego, jak czekać. 


Następne dwa tygodnie były trochę mniej stresujące. A wszystko za sprawą świetnego niedzielnego kazania, dwa dni po badaniu. Zupełnie przypadkowo trafiliśmy na ks. Adama, który w charakterystyczny dla siebie, charyzmatyczny sposób interpretował niedzielną Ewangelię. Nie zapomnę, jak wołał z mównicy:
– Człowieku! Bądź dobrej myśli! Proś Boga o co chcesz, módl się i bądź dobrej myśli! Jakby Bóg przez jego osobę chciał nam powiedzieć: będzie dobrze, tylko w to uwierzcie. I uwierzyliśmy. Modliliśmy się często i powtarzaliśmy w rozmowach hasło “Bądź dobrej myśli”. Takiego duchowego kopa naprawdę potrzebowałem. 


Po dwóch tygodniach trafiliśmy na kontrolę. Lekarz pooglądał bobasa i praktycznie na wstępie powiedział, że jest lepiej, wydaje mu się, że kość nosowa jest widoczna (przy zespole Downa jej nie ma), ale jeszcze są jakieś drobne wątpliwości. Pytał też, czy żona przypadkiem nie chorowała w ciąży. Przeziębienie czy grypa matki w pierwszym trymestrze jest groźna dla płodu, czasami wywołuje większy obrzęk wokół głowy i karku, stąd wartość NT będzie wyższa. Posłuchaliśmy bicia serca (ujmujące doświadczenie!), a następnie dostaliśmy skierowanie do poradni jednodniowej diagnostyki płodu. Jak powiedział lekarz, tam mają wypasiony sprzęt, więc wykluczymy ewentualne wątpliwości, a opinia lekarzy z poradni będzie decydująca. Oszczędzę Wam opisu działania powszechnej służby zdrowia, bo to chyba każdy zna 🙂 Może tylko napiszę, że żona czekała na lekarza ponad dwie godziny, co koniec końców zostało wynagrodzone, bo przez pomyłkę zostaliśmy zapisani do programu badań prenatalnych. Po trzech dniach zjawiliśmy się na USG, które wykluczyło obawy naszego lekarza prowadzącego: dzieciątko jest zdrowe, kość nosowa widoczna, wszystkie narządy wykształcone prawidłowo, wartość NT między 1,0mm a 2,7mm (w zależności od położenia płodu). 


Skierowano nas jeszcze na test PAPP-A, który na podstawie danych pacjenta i badań krwi wylicza ryzyko wystąpienia chorób genetycznych: 
Zespołu Down’a
Zespołu Edward’a
Zespołu Patau’a
Ryzyko podstawowe dla powyższych chorób wynosiło kolejno: 1:1104, 1:13024 oraz 1: 30660. Obliczone u nas ryzyko wynosiło kolejno: 1:6440, 1:260484 oraz 1:613195. 


Odetchnęliśmy z ulgą, a na kolejnej wizycie kontrolnej podziękowaliśmy naszemu lekarzowi prowadzącemu za dokładność i wnikliwość. Może i zaserwowany stres w dziesiątym tygodniu nie był nam potrzebny, ale przynajmniej możemy się teraz podzielić z Wami tymi trudnymi doświadczeniami. Może okażą się one dla kogoś pomocą duchową w oczekiwaniu na wyniki i testy. Tymczasem nasz bobas rośnie zdrowo i tak zasalutował dziadkom na Mikołajki:


– Lekarz twierdzi, że będzie dziewczynka, a więc mam mieć wymarzoną córeczkę Zuzę! 🙂