Wstydliwe sandały [rozważania]

Dlaczego mężczyźni nie noszą sandałów?

Takie mnie ostatnio pytanie naszło: dlaczego faceci nie noszą sandałów w upalne dni? Pomyślałem, że odpowiedź powinna być z rodzaju tych prostych: bo mają coś do ukrycia w pełnych butach. A co takiego?


Ano własne stopy. Nic innego. Faceci nie noszą sandałów, bo musieli by pokazać publicznie swoje stopy, a to oznacza, że trzeba o nie odpowiednio zadbać. A nie każdemu facetowi się chce. Nie każdy zna pumeks. Nie każdy regularnie obcina paznokcie. I tak sobie myślę, że przez to lenistwo związane z higieną osobistą mężczyźni wolą ubrać pełne buty zamiast sandałów. Bo nie uwierzę, że należy winić designerów czy rynek obuwniczy za kiepskie produkty.

Obecnie butów jest do wyboru, do koloru. Każdy znajdzie coś dla siebie. Co innego dekadę temu. Jak w 2005 roku wybrałem się kupić moje pierwsze prawdziwe sandały, to schodziłem kilka sklepów, zanim wybrałem coś dla siebie. A to rozmiaru nie było, a to słabe wykonanie, a to kiepskie trzymanie stopy (mam dość kościstą stopę). Nawet cena nie była tak ważna, choć finansowo były to dla mnie trudne czasy. W końcu zdecydowałem się na czarno-srebrny model spod znaku „łyżwy” 🙂
Pamiętam, że były ogromne – chyba miałem numer 47 lub 48. I nawet to mnie jakoś specjalnie nie zawstydzało, bo były dokładnie takie, jak chciałem.

Nawet pamiętam jaka była ich cena. Niebotyczna, jak na tamte czasy i na sandały – 279 zł. Można by śmiało powiedzieć, że na głowę upadłem. „Przecież można było kupić tańsze”. Owszem. Sęk w tym, że jak już zdecydowałem się publicznie pokazywać stopy, to w takich butach, które mi się podobają. I postawiłem na swoim. A wiecie, ile sezonów je nosiłem? Pełne osiem sezonów! Od maja do września. Piasek, asfalt, parkowe ścieżki, nawet morska woda w Chorwacji nie były w stanie ich zniszczyć. Na końcu miały już nawet dwukrotnie podklejone paski do podeszwy.

To teraz prosty rachunek:
279 zł / 9 = 31 zł.
Tyle kosztował mnie jeden sezon. Gdybym miał kupić tanie sandały, które po dwóch latach się rozpadną i będą niemodne, to musiały by kosztować 62 zł. W tamtych czasami można było takie kupić, ale koledze po sezonie się rozleciały. A moje były na tyle uniwersalne, że nie potrzebowałem osobnej pary „na co dzień” i osobnej „do kościoła”.

Dlatego kiedy przy ponad 30 stopniach widzę faceta w pełnym bucie, na przykład na placu zabaw, to nie potrafię postawić innej diagnozy, niż:

„Siostro, mamy przed sobą typ zakompleksionego faceta, który albo nie dba o nogi albo lejący się z nieba żar odebrał mu całkowicie rozum”. 

Panowie, wiadomo że nasze stopy raczej nigdy nie będą takie, jak kobiece – delikatne, idealnie wyszorowane pumeksem, doskonałe paznokcie po pedicure. Co nie znaczy, że nie mamy o nie dbać. Kto zatem nie ma sandałów, niechaj zakupi przed wakacyjnymi wojażami lub poczeka z miesiąc na wyprzedaże. Proszę się nie wstydzić! Naprawdę warto zaopatrzyć się w ten typ obuwia.

I jeszcze jedno. Sandały to nie japonki, więc nie są oznaką gejostwa 😉 Jeszcze możemy do nich ubrać białe skarpety do połowy łydki, ale to już wtedy inny typ osobowości, tzw. sandalarz skarpeciany 🙂

Dzień Dziecka [POMYSŁ na wycieczkę]

Dzień Dziecka [POMYSŁ na wycieczkę]

Rejs statkiem po Odrze

Dzień Dziecka to dla nas ważny dzień. Szczególnie teraz, gdy mamy dwójkę maluchów. W tym roku postanowiliśmy zrobić córce niespodziankę i zafundowaliśmy sobie rodzinny rejs statkiem po Odrze.


Bilety wyczaiłem już wcześniej na Grouponie. Dokonałem tylko rezerwacji na dany termin. Groupon był o tyle fajny, że za dwa normalne bilety zapłaciliśmy 30% taniej, a dzieciaki miały wstęp za darmo.

Startowaliśmy z Przystani Piaskowej. Na łódce, o dziwo, tylko my. Wycieczka trwała ok. 50 minut.W tym czasie przepłynęliśmy wzdłuż uniwersytetu, na Wyspę Słodową, pod mosty Pokoju oraz Grunwaldzki i z powrotem na przystań. Płynęliśmy również wzdłuż zrewitalizowanego Bulwaru Xawerego Dunikowskiego. Tak wygląda on od strony Odry: 

Jedni mówią, że za dużo betonu, drudzy, że miejsce godne odwiedzenia. Fakt, betonu sporo, ale są też drewniane ławeczki i miejscami posadzona trawka, których na filmie nie widać. To zupełnie nowa przestrzeń. W słoneczny dzień sporo ludzi tam przesiaduje. Więcej info można znaleźć np. tutaj.

O gustach dyskutować nie będziemy. Natomiast jako ojca martwi mnie tylko fakt, że dostęp do rzeki jest niczym nieograniczony. Wystarczy moment, żeby dziecko wylądowało w wodzie. Wybierając się tam z dzieciakami trzeba na prawdę mieć oczy dookoła głowy. 
  
A sama wycieczka? Wszystkim się podobała, a to najważniejsze 🙂

Wycieczka na SOR [spostrzeżenia, CO ROBIĆ]

Jak wygląda praca na dzięcięcym SORze w nowym szpitalu wojewódzkim we Wrocławiu?

Myśleliście kiedyś o sytuacji, kiedy Wasze dziecko ma jakiś nieoczekiwany wypadek i trzeba jechać na SOR? Zastanawialiście się co trzeba zrobić? Jak wygląda wizyta na SORze? Ten tekst jest zbiorem przemyśleń po naszej wizycie na dziecięcym SORze w nowym szpitalu wojewódzkim na Stabłowicach we Wrocławiu. Tak, żebyście wiedzieli, z czym się liczyć wybierając się tam na SOR.


Lokalizacja
Zacznijmy od tego, że lokalizacja nowego szpitala wojewódzkiego we Wrocławiu jest, delikatnie mówiąc, kiepska. Ulica Fieldorfa jest boczną Kosmonautów, która prowadzi na Leśnicę. Korki w godzinach szczytu są gigantyczne. Poza szczytem też nie jest kolorowo. Jadąc do szpitala w środowy wieczór ok. 19:30 (dzień przed Bożym Ciałem), poruszamy się w sznureczku ze wszystkimi. Dojazd zajmuje nam ponad 10 minut. W końcu nie jedziemy karetką tylko osobówką. Przypomnę, że:

Szpital jest w sąsiedztwie AOW. Od zjazdu z obwodnicy do szpitala według map Google mamy 3,5km”.

Pięknie brzmi, że w sąsiedztwie AOW i tylko 3,5km. Od tego momentu Wasz zapas cierpliwości będzie się regularnie uszczuplać.

Rejestracja
Przyjeżdżamy o 20:22. Na SORze nie obowiązuje żadne specjalne traktowanie. Nie ma taryf ulgowych. Nikogo nie interesuje, że jesteście ZHDK (Zasłużonym Honorowym Dawcą Krwi), czy że przyjechaliście z trzytygodniowym dzieckiem. Stajecie w kolejce ze wszystkimi. Wołają po imieniu. Przed nami dziesięcioro dzieci. Nikt nie przeprowadza wstępnej oceny. A wystarczyło by postawić nawet młodego lekarza na specjalizacji, który już na początku stwierdzi, że np. ktoś z wypadku rowerowego niech pędzi na RTG, a ktoś z bólem brzucha na USG. I już mamy zaoszczędzone cenne minuty. Tego nie ma. Trzeba czekać na swoją kolej. 

Obsada lekarska
W środę przed Bożym Ciałem na dziecięcym SORze przyjmuje jedna para pielęgniarka-lekarz. Jedna! Mało tego – ta sama para również gipsuje, usztywnia i wydaje opisy. No to całość musi trwać. Jak już się doczekasz na wejście (u nas po prawie 2 godzinach), to słyszysz, że skoro dziecko przewróciło się na rowerku, to trzeba zrobić RTG. Do pracowni idziecie z „panem prowadzącym„. Gość ma taką fuchę, że prowadzi ludzi do pracowni, zostawia tam kartkę ze zleceniem i wraca. Całe szczęście, że sprząta też w pokoju zabiegowym, bo było by to jedno z „ciekawszych” zajęć, jakie ostatnio widziałem. Jakby lekarz nie mógł powiedzieć: „Proszę na rentgen, pokój 0100, koło holu głównego”.

RTG wymaga opisu
Wracamy z RTG i… stajemy znowu w kolejce. Trzeba czekać na opis zdjęcia. Mamy ok. 22:45. Przed nami szóstka dzieci. Tak się składa, że jest tylko jeden (!) lekarz przygotowujący opisy. Ale ale, nie siedzi cały czas nad opisami. Było by za miło. Najpierw pracownie RTG i USG tłuką na potęgę zlecenia, a później trzeba czekać, że lekarz będzie mieć chwilę przerwy, żeby zrobić opisy. Czas leci. Zaczepiam jednego z ojców, dziwiąc się że jeszcze nie wszedł ponownie do środka. W odpowiedzi słyszę, że jest „jakiś problem z opisem”. Nie wiem, w czym tkwił problem, ale opis był po jakichś 45 minutach od zdjęcia. Dodam tylko, że w starej lokalizacji, na starym sprzęcie, opis RTG był po max. 10 minutach.

Chce nam się jeść
Jeśli nie zabierzecie ze sobą jedzenia, to może być kiepsko. Po godzinie 18:00 bar jest zamknięty i trzeba się ratować czymś z automatu. A tutaj szału ni ma: albo na słodko (rogalik 7days, mieszanka studencka, chyba suszone jabłka) albo na słono (krakersy). Do tego woda, sok, kawa lub herbata. Jakoś na tym trzeba przewegetować do końca.

Wchodzimy ponownie
Na zegarku 0:30. Nasze dziecko jeszcze nie śpi, ale chłopiec przed nami był wybudzany na rękach mamy, żeby lekarka mogła go obejrzeć. Druga wizyta trwa niecałe 10 minut. Za nami jeszcze trójka dzieci, a w poczekalni dla dorosłych mamy praktycznie pusto! Dla mnie to sytuacja niedopuszczalna i trudna do zaakceptowania.

I na zakończenie
Pozostaje jeszcze uregulowanie rachunku w kasie parkingowej. A jak! Parking jest płatny. Za 4h10m płacimy 14 zł. A gdybym tak w roztrzęsieniu zapomniał pieniędzy czy karty, to rachunek byłby srogi. Na początku mocno się zirytowałem. Teraz myślę, że nie ma się co dziwić. W holu głównym, gdzie w środku nocy nic się nie dzieje (w dzień rejestracja do przychodni specjalistycznych), świecą się prawie wszystkie oprawy. Zgodnie z normą ma być sto luksów, mamy spokojnie 5x więcej. Wykonawca zaoszczędził na czujnikach ruchu, a z czegoś trzeba opłacić rachunek za prąd. Gratuluję mistrzowskiego zarządzania. Tak w sferze nieruchomości, jak i zasobów ludzkich. 

Słowem podsumowania
Zanim pojedziecie na dziecięcy SOR do Szpitala im. Marciniaka we Wrocławiu, dobrze się zastanówcie. Lepiej wezwać karetkę, bo pacjent z karetki zawsze wchodzi poza kolejnością. Być może nie trafilibyśmy do tego szpitala, a np. na Kamieńskiego. Na Borowskiej nie ma dziecięcego SORu. Cóż, wygrało rozumowanie, że skoro dziecko nam nie schodzi z tego świata, to niech karetka jedzie do bardziej potrzebującego pacjenta. Łącznie straciliśmy 5,5 godziny, sporo nerwów i kilkadziesiąt złotych w automacie i kasie parkingowej. Całe szczęście, że koniec końców nic poważnego nie stało się naszej pociesze. 

Gdzie kupować leki? [która APTEKA najtańsza]

Gdzie kupować leki? [która APTEKA najtańsza]

 Kupujemy leki i suplementy dla dziecka

Zastanawiacie się, gdzie kupować leki i suplementy dla swojego dziecka, żeby było szybko i tanio? Podpowiadam, bo mamy wypróbowane źródło. Od razu jednak zaznaczam, że tekst nie jest sponsorowany. Ma na celu jedynie podzielenie się spostrzeżeniami i pozytywną opinią, gdyż przy ostatniej przesyłce na prawdę miło się zaskoczyłem.


Jeśli potrzebujemy wybrać się do apteki i mamy nieco więcej czasu (dziecko nie ma 40 stopni gorączki), to chętnie korzystamy z apteki internetowej. Wiadomo, że zakupy w internecie to wygoda. Jeśli jeszcze dodamy do tego niskie ceny – nic tylko korzystać.

Praktycznie od urodzenia Zuzy korzystamy z Apteki Gemini. Mają tanie leki, dobre ceny na Ziajkę i nawet mleko Bebiko tańsze, niż w Rossmanie z kartą Rossnę. A dla mnie to już spory wyczyn 🙂 Pewnie że nie wszystko jest najtańsze, bo np. Białego Jelenia dla siebie kupowałem taniej w zwykłej drogerii. Mimo to wiele rzeczy jest w dobrych lub bardzo dobrych cenach.

Jeszcze dwie rzeczy są godne uwagi – sposób pakowania oraz czas wysyłki. Produkty zabezpieczają starannie i dość mocno (patrz zdjęcia poniżej), czego brakuje sporej ilości firm handlujących przez Allegro. Natomiast czas wysyłki określają zwykle jako 48h na realizację zamówienia i 24h na transport. A co powiecie na to, jakby Wasze zamówienie zostało złożone w niedzielę, a przyjechało we wtorek do południa? Szybko? Pewnie, że szybko! Nasza ostatnia paczka przyjechała ekspresem i to mnie skłoniło do napisania tego krótkiego tekstu.

A Wy jakie macie ulubione apteki / sklepy z artykułami dla dzieci? Podzielcie się w komentarzach.

Zamówienie Apteka Gemini
– Produkty z zamówienia zostały podzielone na kilka grup. Jakaś gazetka promocyjna też jest.  
Paczka Apteka Gemini
– Każda grupa została zapakowana osobno. 

Kryzys męstwa, kryzys ojcostwa? [POSTAWY, PRZEMYŚLENIA]

Gdzie ci mężczyźni…

Dotykam dzisiaj nieco filozoficzno-moralnego tematu. Nie można ciągle pisać o poradach i testach produktów. Trzeba czasem stymulować szare komórki. Do pisania skłoniły mnie wydarzenia pewnego listopadowego wieczoru.


Kto mnie zna ten wie, że czasem udzielam się w akcjach społecznych. A to nakarmię psa na „oeliksie”, a to wrzucę do puszki Owsiakowi, a od ośmiu lat biorę udział w akcji Szlachetna Paczka. I to właśnie ostatnia edycja była inspiracją dla tego tekstu. A było to tak.

Listopadowy wieczór. Dzień po uruchomieniu możliwości wyboru rodziny. Siedzę, przeglądam portal. W zeszłej edycji postanowiłem wybrać rodzinę z mniejszego miasta. Dostępnych jest 11 rodzin. Czytam opisy i uderza mnie – jak obuchem w łeb – pewna prawidłowość. Brakuje tam chłopa. Powiecie: taki mamy klimat, zdarza się itd. Ale żeby w siedmiu z jedenastu rodzin, dostępnych w wybranej przeze mnie lokalizacji?!

Słuchajcie, w blisko 65% rodzin brakowało męskiego wzorca wychowania. Brakowało ojca i męża. Jakie były najczęstsze powody:

– facet odchodzi do innej kobiety,
– ojciec wyjeżdża za granicę, zostawia żonę i dzieciaki, nie wraca, zakłada nową rodzinę,
– ojciec wyjeżdża za pracą, nie będzie płacić na dzieci, niech z niego ściągają alimenty,
– „tatuś” siedzi w więzieniu, bo znęcał się fizycznie i psychicznie nad rodziną,
– facet zostawia rodzinę, bo dziecko urodziło się niepełnosprawne,

i najlepsze:
– ojciec zostawia rodzinę, bo nie radzi sobie z rzeczywistością.

Autentyczny opis! To kto do cholery ma sobie radzić, nierzadko w trudnej rzeczywistości, jeśli nie głowa rodziny? Dziecko? A cóż ono jest winne? Matka? A jak długo jest w stanie być i matką i zastępować ojca?

Powiecie – podchodzisz stereotypowo, a nawet patriarchalnie do kwestii rodziny. Owszem. W mojej ocenie to ojciec ma tę siłę, którą ma dawać swojej rodzinie. To ojciec obroni swoją rodzinę przed krzywdami tego świata. Wyznaję tradycyjny model rodziny. Jak to powiedział pięknie Kękę w kawałku „Jeden kraj”: „[…] Oskarżenie o fanatyzm pustym śmiechem zbijam, żaden katolicki dżihad, chociaż wierzę w Boga […] mogę być banalny, ale tata tatą, mama mamą, rozróżniajmy […]”. 


Nawet jeśli Ty jesteś bardziej liberalna / -y w tych kwestiach, to nie powiesz mi, że akceptujesz tchórzostwo, lenistwo i brak odpowiedzialności za swoje czyny. Bo zdaje się, że tacy zaczynają być współcześni mężczyźni. Ja wyróżniłem pięć ostatnio spotykanych typów: tchórz, mameja, skurwolek, egoista/egocentryk i ojciec pełnym sercem.

Kim są?

Tchórz
Ucieka przed wszystkim i wszystkimi. Lepiej mu wycofać się z danej sytuacji życiowej, niż podjąć wyzwanie. Lepiej mu schować głowę w piasek, niż wypiąć dumnie pierś i nadstawić własny kark. Odpowiedzialność jest dla niego niewygodna. Wymaga wysiłku, którego on z siebie nie chce wykrzesać. Lepiej zostawić rodzinę, założyć nową i udawać że nic się nie stało. Do momentu napotkania problemów. Wtedy najlepszym rozwiązaniem będzie kolejna ucieczka.

Mameja
Miejski słownik slangu opisuje mameję jako człowieka rozmemłanego, nie wiedzącego co chce i o co mu chodzi. Dla mnie to typ niezdecydowany, rozlazły jak wygotowane pierogi. Nieudolny i niezaradny życiowo. I oczywiście zniewieściały. Najlepiej żeby inni podejmowali za niego decyzje. Nawet własne dzieci. Często taka postawa staje się jego sposobem na życie. Kobieta z dwójką dzieci i mameją ma w domu tak na prawdę trójkę dzieci i dwa razy więcej roboty. Czasami łazienka jest częściej zajęta przez niego niż przez nią. W filmie „Chce się żyć” pada świetne hasło. Coś w stylu: „Bo facet to czasami po prostu musi uderzyć ręką w stół. Powiedzieć: nie, nie zgadzam się”. To nie dla mamei. Ręka by go rozbolała i narobił by przy tym tyle hałasu, że och och. Każ mu przetrwać, wyjdzie z tego niezła komedia. Albo dramat. Nie wiem, skąd się biorą takie typy. Aż dziw, że nie wyginęły razem z dinozaurami lub nie zostały zjedzone przez jaskiniowców.


Skurwolek
Nazwa śmieszna, ale żyjącym z nim ludziom nie jest do śmiechu. To typ człowieka znęcającego się fizycznie i psychicznie nad bliskimi. Dziką satysfakcję dają mu upokarzanie, zadawanie bólu, łzy i niemoc słabszych. Myśli, że mu wszystko wolno. Niestabilny emocjonalnie, przez co nie potrafi kontrolować swoich emocji. Nierzadko sam był bity w dzieciństwie. Dostał taki wzorzec od własnego ojca, sam go stosuje, niestety przekazując tę felerną pałeczkę dalej. Przez jego zachowanie cierpią wszyscy domownicy. Gehenna potrafi trwać latami, czasem kończy się z momentem wsadzenia „tatusia” do więzienia. Takich ludzi społeczeństwo samo powinno piętnować. Sprowadzać chamów do parteru. Moje pobożne życzenia leżą jednak daleko od rzeczywistości. Mogę jedynie edukować o konsekwencjach takiego zachowania. Czytajcie zatem szerzej o skutkach fizycznego i psychicznego znęcania się nad dziećmi.

Egoista/egocentryk
W wielu małżeństwach pojawienie się dziecka powoduje, że świat rodziców zaczyna kręcić się wokół tej malutkiej istoty. Ale nie dla egoisty/egocentryka. Bo najważniejszy jest on i basta! Specjalnie używam podwójnego określenia, bo osobowość, którą opisuję ma cechy wspólne dla obu określeń. Egoista myśli tylko o sobie. Wokół egocentryk ma kręcić się cały świat. Opisywany typ twardo realizuje swoje cele, nie zważając na dobro własnych dzieci. Zachowuje się przy tym trochę, jak rozwydrzony dzieciak. Na pytanie, dlaczego tak robi, odpowiada: „Bo tak!”. Tatuś wie lepiej. Tatuś nie odpuści. Nie liczą się potrzeby i uczucia dzieci. Ważne jest zaspokajanie własnych potrzeb, własnego ego.

Ojciec pełnym sercem
To ostatni typ współczesnego ojca i chwała Panu, że tacy tatusiowie wciąż istnieją. Żeby nie było od początku wychwalania pod niebiosa – ojciec pełnym sercem jest świadomy własnych słabości. Nie jest doskonały i wie, że może popełniać błędy. Mimo to, każdego dnia stara się, podejmuje wyzwania, ryzykuje, zmaga się z własnymi słabościami, wkłada mnóstwo pracy, wysiłku i uczuć, by budować więź z dzieciakami. Oprócz bycia kompanem do zabaw, chce być również przyjacielem dla swoich dzieci. Cieszy się z każdej wspólnej chwili. Czyta książeczki, od małego zaszczepia hobby, pobudza dziecięcą ciekawość, tłumaczy świat, pokazuje i objaśnia. Nie wstydzi się przyznać, że czegoś nie wie. Czasem uroni łzę. Czasem po cichu, ze szczęścia, bo usłyszał właśnie: „tatusiu, kocham Cię bardzo”. Nie wstydzi się tego, ani własnego tatusiowania, ani własnych dzieci. A nade wszystko potrafi rezygnować z własnych „widzimisię” czy przyzwyczajeń, bo w centrum uwagi jest mały, bezbronny człowiek. Na szczęście powyższy opis to nie utopia czy pobożne życzenia. Takich ojców pełnym sercem na prawdę spotyka się tu i ówdzie.

A Ty jakim typem chciałbyś być?
Jeśli dobrnęłaś / ąłeś do tego momentu, to bardzo Ci dziękuję. To oznacza, że męstwo i ojcostwo nie jest Ci obojętne. I chyba stymulacja szarych komórek mi się udała 🙂 Proszę tylko o jeszcze jedną rzecz, tak na sam koniec: zatrzymaj się na chwilę i pomyśl o tym, co przeczytałaś /eś. Pomyśl, jakim typem ojca jesteś. Może też jakim chciałbyś być? Pomyśl, jakim mężczyzną jest Twój mąż / partner. Oby ojców pełnym sercem było wśród nas jak najwięcej. Bo dla ojca chyba nie ma nic piękniejszego, jak uśmiech jego dziecka 🙂

Gdzie jest tata? [PRZEMYŚLENIA, UCZUCIA DZIECKA]

Tata na smyczy (?)

O ciekawej więzi ojca z dzieckiem – chyba taki podtytuł można by nadać moim rozważaniom. Spotkało mnie ostatnio coś zaskakującego. Oczywiście ze strony własnego dziecka.


Jeden z wieczorów w tygodniu. Takich z rodzaju zwykłych, najzwyklejszych. Położyłem Zuzę spać. Obejrzałem spory kawałek potyczki naszych piłkarzy ręcznych z Chorwatami. Internety komentowały: o której będzie mecz, bo teraz pokazują trening drużyny Chorwacji 🙂 Faktycznie, trochę tak to wyglądało, więc postanowiłem nie oglądać do końca pierwszej połowy, tylko przejść się do paczkomatu. Swoją obecnością w domu niewiele naszym pomogę, a książki same nie przyjdą. Ubrałem się, wyszedłem. W drodze „do” zadzwoniłem do przyjaciela. W drodze „z” dalej rozmawialiśmy, więc zrobiłem jedno okrążenie wokół bloku, żeby przedłużyć sobie rozmowę i nie stać na zimnie w miejscu. Po ok. 45 minutach od wyjścia byłem z powrotem. To moja wersja wydarzeń 🙂 W tym samym czasie, w domu…

jak tylko przekręciłem klucz w zamku, z pokoju Zuzy dobiegło „gdzie jest tata?”. I zaczęła się lawina pytań, na którą trzeba było odpowiedzieć, zanim Zuza ponownie położyła się spać: Gdzie poszedł? A po co? A dlaczego? A kiedy wróci? A dlaczego? I tak dalej i tak dalej, jak przystało na dwuipółletnie dziecko. A myślałem, że już dobrze śpi, bo nie wychodziłem po 10 minutach. Można się zaskoczyć 🙂 Oczywiście jak wróciłem, to poszedłem zobaczyć, jak Zuza śpi. Lubię ten widok 🙂

Celowo nadałem podtytuł „Tata na smyczy”, bo co po niektórym sytuacja mogła by się tak kojarzyć. Szczególnie, gdy wpadnie się w rutynę i dzień za dniem wygląda tak samo. Dla mnie jednak to było coś niesamowitego, wyjątkowego. Taka świadomość, że ta moja mała osóbka potrzebuje mnie. Nie tylko do zabawy, do zrobienia zakupów spożywczych czy wyjścia na spacer, ale także do zaspokojenia wyższych potrzeb. Choć ma teraz mamę przez cały dzień, to dla równowagi trzeba jej również taty. Po takiej historii robi się cieplej w sercu 🙂

Życzenia noworoczne

Zamiast noworocznych postanowień

Z okazji Nowego 2016 Roku wszystkim czytelnikom bloga życzę:

bądź niepoprawnym optymistą – ludzie lubią takie osoby, trochę chęci, to na prawdę nic trudnego,
poświęcaj bliskim jak najwięcej czasu – praca nie ucieknie, moda przeminie, a bliscy będą z Tobą do końca Twoich dni,
pamiętaj o przyjaciołach – to ludzie, na których możesz liczyć, kiedy inni zawiodą,
dbaj o zdrowie – bo może się okazać, że utraconego zdrowia nie odkupisz za żadne skarby,
rozwijaj pasje – są odskocznią dnia codziennego, dzięki nim jesteś ciekawszym człowiekiem,
stawiaj sobie cele – na co dzień, a może nawet na cały rok,
mierz wysoko – działanie kosztuje Cię więcej wysiłku, ale i satysfakcja końcowa większa,
zrób coś niesztampowego – przyjmij inny punkt widzenia, a zdziwisz się że można coś zrobić zupełnie inaczej niż zwykle,
pracuj nad cierpliwością i wytrwałością – nie odpuszczaj za łatwo i nie poddawaj się za szybko,
działaj konsekwentnie – w zgodzie z prawdą i własnym sumieniem,
pielęgnuj w sobie dobro – bo dobro się mnoży,
przypominaj dobre nawyki i podtrzymuj tradycję – nie zapominaj kim jesteś i dokąd zmierzasz,
miej w sobie nadzieję – na lepsze jutro, na lepszy czas,


 i nie bój się marzyć – zawsze miej do czego dążyć!
Wspólne ubieranie choinki 2015 [ZABAWA Z DZIECKIEM]

Wspólne ubieranie choinki 2015 [ZABAWA Z DZIECKIEM]

Wieszamy bombki!

My już przystroiliśmy choinkę. Tata skombinował drzewko, a córcia pomogła ubrać. Zapraszamy do oglądania efektów naszej wspólnej pracy. W dalszym tekście ukryty jest również mój pomysł, jak można ciekawie wypracować z dzieckiem własną świąteczną tradycję 🙂


Lubię ubierać choinkę. Lubię zakładać lampki, wieszać bombki i inne ozdoby. Czasami przewieszam jedną bombkę w dwa różne miejsca, bo „coś mi tu nie pasuje” 🙂 Lubię też ten moment, kiedy trzeba pojechać po drzewko. I choć żywą choinkę osobiście kupuję dopiero od kilku lat, czuję jakbym był częścią wieloletniej tradycji. A kiedy niosę drzewko na ramieniu do domu, to przypomina mi się Piotr Adamczyk z „Listów do M” i ta jego niczym nie pohamowana radość z przytargania „krzaka” do domu 🙂

Zuzia również lubi ubierać choinkę. Po czym wnoszę? Bo drugiego dnia pytała, czy dzisiaj też może ubierać 🙂 To się chyba dobrze składa, bo wspólne ubieranie choinki z dzieckiem to wspaniała zabawa. Zresztą zobaczcie sami.

– Ja to robię tak.  

– Twoja kolej. 

– Dobrze Ci idzie. Pięknie! 🙂

A poniżej możecie zobaczyć ulubioną bombkę Zuzi. Z uwagi na spore gabaryty w zeszłym roku pełniła równolegle funkcję bombki i piłki 😉 Całe szczęście, że jest plastikowa 🙂

– O, tutaj powieszę.
– Gonię bombki jadąc na swoim kocyku 🙂 

– Takie z nas debeściaki!

Pora na wspomniany wcześniej pomysł własnej świątecznej tradycji z dzieckiem w tle 😉

Na pierwsze Święta po narodzinach Zuzi, będąc na zakupach przedświątecznych, kupiliśmy sobie ręcznie zdobioną bombkę. Można było zażyczyć sobie u pani dekoratorki cuda na kiju. Ale z naszym mało wybujałym, a mocno praktycznym podejściem do ozdób, zdecydowaliśmy się tylko na napisanie roku i zrobienie kilku śnieżynek na drugiej stronie. Ot taki drobny akcent świąteczny z datą niosącą wspomnienia z całego danego roku.

Niby nic szczególnego, a tak nam się spodobała ta idea, że postanowiliśmy co roku kupować jedną taką bombkę. Wymarzyliśmy sobie, że za kilkanaście lat na choince będzie przewaga bombek z datami nad tymi zwykłymi. A jakie będą wspomnienia do opowiedzenia!

Póki co udaje się, że każda bombka jest inna. To dodatkowo cieszy, bo lubimy jak choinka jest kolorowa. Do tej pory uzbieraliśmy już trzy takie bombki:

– Pierwsza po narodzinach Zuzi. 

– Zeszłoroczna. 

– Tegoroczna 🙂 

A Wy jakie tradycje świąteczne kultywujecie ze swoimi dzieciakami?  

Jak Zuza zdobyła +7 do zręczności

Jak Zuza zdobyła +7 do zręczności

Wspinam się sama!

Wczoraj córka mocno mnie zaskoczyła. Nie dość, że pierwszy raz zainteresowały ją drabinki, to jeszcze sama weszła na górę. Bez mojej pomocy. Dawno nie stałem przed dylematem: trzymać ją czy fotografować?


Może się wydawać, że to żaden wyczyn. A jednak. Nasze drabinki są wysokie, bo kiedy dziecko wejdzie na samą górę, to ja mam problem z asekuracją na w pełni wyciągniętych rękach. A do niskich osób nie należę. Stąd dylemat – skupić się na asekuracji czy zrobić zdjęcie.

Szybkie przetwarzanie informacji: Zuza zwykle baaaardzo asekuracyjnie podchodzi do różnych kwestii. Skoro niezwykle pewnie ruszyła po drabinkach, to znaczy, że wie co robi. Pewnie, to tylko dziecko i zawsze może zdarzyć się nieszczęście. Ja jednak dałem córce pełną swobodę, biorąc na klatę wszelkie konsekwencje ewentualnego upadku. Przeważyła chęć zrobienia zdjęcia:

– Tatusiu jestem u góry!

– Tak drabinki prezentują się w pełni.

Zuza weszła i zeszła bez najmniejszego nawet draśnięcia, a ja jako dumny ojciec oficjalnie stwierdzam i zapisuję +7 do zręczności 🙂